menustory
loveless

taranah

chapters:
I | II | III | IV | V | VI | VII | VIII | IX | X |XI | XII | XIII | XIV| XV | XVI | XVII| XVIII| XIX| XX| Epilog

Credits to:
loveless crew for an idea,
Ai Yazawa for Nana,
Flfleur for an artwork(chapter XII),
Hakojo for an artwork (chapter XIII),
WingedDream for an artwork (chapter XV),
Japah for an artwork (chapter XVII),
Two Silver Stars for an artwork (chapter XVIII),
Fire__Girl for an artwork (chapter XIX),
Sixnight for an artwork (chapter XX),
Hanukara for the background image.
I
Przez sen znowu biegłam ulicami Londynu z końca lat sześćdziesiątych. Miasta, którego nie znam, bo do Londynu przeprowadziłam się dopiero jakieś trzy lata temu. Poza tym nie mam prawa znać takiego miasta, gdyż jeszcze wtedy nie żyłam. Urodziłam się w pierwszą niedzielę października roku 1969. i nie jestem mocna z historii na tyle dobrze, aby znać dokładnie nastrój, jaki tamtego dnia panował na ulicach miasta, a jednak gwar i motłoch, uroki kolejnego piątku wciąż pojawiają się w moich snach... No - powiedzmy, że w snach.
Otworzyłam oczy. Kolejny raz straciłam świadomość na więcej niż jedną noc. Zaczęłam się powoli przyzwyczajać do tego, że nie panuję nad pierwotnymi instynktami zawartych w mózgu nerwów i nie mogę opanować się od tej chęci. Zbyt głęboko wpadłam w to gówno. Wstałam, minęłam pracujący głośno komputer sięgając po kubek stojący na biurku. Były w nim jeszcze resztki herbaty, które przełknęłam z prędkością światła. Suchość w gardle rozmazał cierpki smak zleżałych liści. Ktoś mógłby powiedzieć, że to obrzydliwe, ale zawsze dopijam resztki zimnej herbaty. Nawet nie dlatego, że nie znoszę marnotrawstwa - głównie dlatego, że ten gorzkawy posmak idealnie wpisuje mi się w krajobraz kolejnych deszczowych poranków. Wyglądam przez okno i widzę cienkie uliczki nadtamijskiego Londynu. Zarośnięte brudem i śmierdzące wilgocią. Na dole przechadzają się ludzie, jakby niespostrzegający problemu dążący do pracy, sklepu, do metra... Krótkim ruchem przycinam życie komputerowi zastygłemu na zdaniu "możesz teraz bezpiecznie wyłączyć komputer".
- A niech Ci - sam byś się wyłączał. - nie pamiętam, kiedy zaczęłam gadać do przedmiotów w pokoju. Najprawdopodobniej rok temu, kiedy przeniosłam się bardziej do centrum, aby się "realizować". Dostałam dorywczą pracę gońca w jakiejś tam gazecie, ale zwolnili mnie szybko, bo nie zjawiałam się w pracy systematycznie. A ja zgłaszałam się zawsze, kiedy tylko miałam świadomość. Niedługo wracam na studia. Taaak... miałam małą przerwę. Dziekan nie zgadzał się, abym w "takim stanie" zjawiała się w budynku jego zacnego uniwersytetu. Cóż... Trochę Lucy in the Sky of Diamonds i już szargam opinię skrupulatnego żaczka. Ale mam dwadzieścia lat i zero szans na przyszłość, więc moje przyzwyczajenia muszę odwlec, na kilka lat, dopóki nie skończę tych pieprzonych studiów. W końcu chcę trochę pożyć.
Nagle rozległ się przeszywający skronie dźwięk dzwonka od telefonu niczym dźgnięcie sztyletem w głowę.
- Zamknij się! - rzekłam i jednym ruchem przemieściłam się przez sterty gazet leżące na podłodze w stronę telefonu wysuwającego się spod sterty innych papierów. Kiedyś to się miało zainteresowania... Rozrzuciłam po podłodze rysunki aniołów, które nabazgrałam zapewne podczas któregoś z odlotów, gdyż zupełnie nie pamiętałam, skąd się tu wzięły (kreska wyraźnie moja była...), a całe były w mojej ślinie. - Słucham?! - rzuciłam cierpko do słuchawki usiłując ustać na zsuwającej się kupce "Timesów" w śliskich okładkach.
W pierwszej chwili nie zrozumiałam, jaki przekaz kieruje do mnie druga osoba. Odzwyczaiłam się od ludzkiego głosu, zwłaszcza zniekształconego przez kilometry drutów. Potem rozpoznałam - To Lettie - moja koleżanka z redakcji. Ale nie zrozumiałam, co do mnie mówi.
- Powtórz, proszę...
- Wiedziałam ,że będziesz, hm... nieza... - Lettie zaczęła wywód tym swoim srającym głosem zasiedziałej w kościele starej, zasuszonej babki.
- Nie, nie. Powtórz, bo nie rozumiem, co do mnie mówisz. - dziewczyna wydobyła z siebie niezwykle onomatopeiczny wyraz niezmierzonego zdziwienie - mam trzaski na linii! - prawda, że ludzie mówią wam tak tysiące razy? No patrzcie - zastanówcie się, kiedy mówią prawdę, a kiedy szukają wymówki.
- To... koniec. No nie? - rzuciła roztrzęsionym głosem.
- Ale czego?
- Naszych zajęć... Nie ma... - bawiło mnie to, jak bardzo udając, że pochodzi ze stanów wczuwała się w ichni akcent. Była w tym już naprawdę dobra. Tak dobra, że zapomniała, że z urodzenia jest Angielką.
- Stary dziad nie wytrzymał i zamknął nas?! - na śmierć zapomniałam o naszych zajęciach. Czasem miło było postudiować na uniwersytecie absurdu. Dorobiłam się nawet statusu wykładowcy. Wykładałam nonsens. Niestety moje przemyślenia były tak oderwane od rzeczywistości, że frekwencja była jeden dwa, osobniki. Ale było dla kogo, bo ten "stary dziad" zawsze na koniec bił mi brawo. Dziwne, że nie stwierdził, że to, co gadam nie ma jakiegokolwiek układu odniesienia, a może właśnie to cenił? Drugą osobą była Lettie, ale zwykle zdezorientowana kręciła głową. No może także trochę zażenowana, ale przecież nie ja odpowiadam za moje myśli.
- Nie zupełnie... Nana, on po prostu...
- Po prostu co? - narastało we mnie zdenerwowanie i... coś gorszego - Przeczucie. Najgorsza rzecz na świecie. Jedyna, której się bałam.
- Nana, on nie... nie żyje...
- Kipnął, masz na myśli? - symulowałam ironię, ale powoli docierała do mnie prawdziwość tej wieści.
- No.. jeśli tak chcesz to ująć. Ale on naprawdę umarł! - rozgoryczenie mojej rozmówczyni słychać było nawet przez telefon, choć zawsze udawało jej się opanować siebie.
W tym momencie z całą siłą dotarło do mnie, że z tym wszystkim już koniec. Ze nie będzie już osoby, która mnie tak dobrze zrozumie, choć nigdy ze mną nie porozmawiał. Nim się spostrzegłam złapał kolejny kubek stojący na blacie przy telefonie i cisnęłam nim z całej siły o ścianę. Resztki herbaty rozlały się na po ścianie (pozostawiając wielką plamę), podłodze, rysunkach aniołów i wszelkich innych papierach, a rozrzucone fusy ukazywały nędzę i rozpacz. W imię jakiego wewnętrznego dobra?! Rzuciłam słuchawką o widełki całkiem mokrego czerwonego telefonu i wybiegłam ze złością z mieszkania.


do góry

II
Siedziałam nad brzegiem tej śmierdzącej Tamizy i nie miałam pomysłu na własne życie. Dopiero teraz widzę, jak bardzo zależna jestem od innych. Przez jeden mały epizod siedzę teraz w chłodzie przykryta wysłużoną ramoneską i opatulona szalikiem niczym mumia egipska szukam sposobu na dalsze przetrwanie. A nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Zawsze wiedziałam, że najlepiej być kotem i nie przywiązywać się do ludzi, ani miejsc. Obok mnie potoczyła moneta. No tak. Znaj łaskę ludu.
- Nie, dziękuję. - rzuciłam za osobą, która rzuciła mi pieniążek.
- O! Przepraszam. -; zdziwił się starszy ode mnie o jakieś dwadzieścia lat facet. Mysie, siwe przyklejone do jego głowy denerwowały mnie jak cholera.
- Tak wiem, nie myślał pan nigdy, ze osoba, która siedzi przy Tamizie o zmroku w takim zimnie, to może być ktoś inny niż zwyczajny kloszard. Może wyglądam, jak takowy, ale jałmużny nie potrzebuję. - Wypowiedziałam nader głośno i rzuciłam mu jego pieniądze w twarz, po czym obróciłam się i znów usiadłam. Wielka, słona kropla spłynęła mi po policzku. Rozejrzałam się. Panienki z dobrych domów wracały ze swoimi chłopcami pod rękę dzielnie opatulone w płaszczyki "w jodełkę" do domów. Uśmiechnęłam się do przebiegającego chłopaka, ale jak zwykle byłam niewidzialna. Uśmiechałam się jeszcze do wielu osób, one jednak zauważały mnie tylko jako kłębek małego żulika, który usadził się gdzieś przy rzece, aby wracający ludzie mogli dać mu dużo kasy. Zrezygnowana ruszyłam wzdłuż rzeki ze spuszczoną głową szurając buciskami po rozmokłej ziemi.
Miałam okazję zaobserwować niezwykłą scenę czułości pomiędzy dwoma mężczyznami może trochę starszymi ode mnie. "Niektórzy to mają szczęście..." pomyślałam, jednak zobaczywszy nagły zwrot jednego z nich zrozumiałam, jakże się myliłam. Jak widać - nie tylko ja nie miałam dzisiaj swojego miejsca. Posłałam pełne sympatii spojrzenie ku wystawionemu blondynowi w okularkach, ten jednak zbyt był zszokowany, aby mnie dostrzec. Wlokłam się po ulicach całą noc nie zważając na przerażające zimno, które około trzeciej opanowało moje ciało. Postanowiłam sobie, że rano, kiedy wrócę do mieszkania zrobię sobie ciepłą herbatę i trochę ogarnę. Był to dobry pomysł, gdyż nie sprzątałam od jakiegoś miesiąca. Spojrzałam w górę na samotne światło, które spływało z okna. Bezsenność? Ktoś wklepywał na maszynie jakieś swoje myśli rozbiegane. Usiadłam na pobliskiej ławce i wyciągnęłam zza pazuchy zapalniczkę i fajki. Przynajmniej to mogłam zrobić, aby ulżyć choć trochę strapionej duszy. Zapewne zastanawiacie się, dlaczego nie boję się wypadku ani napadu... A ja... hm... ja nie jestem w stanie odpowiedzieć Wam na to pytanie. C'est la vie. Takie życie.


do góry

III

Nad ranem, kiedy wreszcie doszłam do domu dotarło do mnie niesłychanie nagle, że nie ma jak do niego wejść. Nie chodziło o to, że zapomniałam klucza, bo przecież nie zamknęłam nawet mieszkania, ale całe zawalone było śmieciami. Otworzyłam drzwi. Raczej nikt tu nie wszedł podczas mojej nieobecności, bo gazety i inne papiery leżały rozwalone na podłodze tak jak wtedy, gdy wyszłam. Choć była dopiero piąta rano włączyłam radio na cały regulator (po czym usłyszałam głośne gruchnięcie o podłogę i szybko przyciszyłam odbiornik, żeby sąsiad z góry nie wydedukował, że to ja jestem sprawczynią pobudki o tak wczesnej porze) i wzięłam się do pracy. Stare prenumeraty powrzucałam do wielkiego worka na śmieci, rysunku schowała do szuflady, jak gdyby mogły się jeszcze do czegoś przydać (na odwrotach kartek z rysunkami były wypisane szczątki moich odczytów z uniwersytetu absurdu - choć nie byłam sentymentalna zapragnęłam zatrzymać sobie te zapiski, czułam, że skończył się jakiś okres w moim życiu... a jakiś się zaczął), śmieci wrzuciłam do drugiego worka gdzie wraz z ogryzkami po jabłkach, skórkami po bananach przerzucały się jakieś stare sprężyny z zegarków, które naprawiałam w wolnym czasie, jakaś różowa sukienka, która niezwykle dziwnym sposobem znalazła się w moim pokoju - a kojarzyłam ją z jakimiś mętnymi wspomnieniami z jednej z imprez, ale nie było problemów, gdyż uważam, że każdy jest biseksualny-, potem pozmywałam naczynia i zrobiłam porządek na półkach. Sprzątanie skończyłam o wpół do dziewiątej i wtedy zadzwonił telefon.
- Nanuś, gdzie ty jesteś, dzwoniłam cały tydzień i nigdy nie odbierałaś...- tym razem nie był to głos Lettie, czy kogokolwiek z redakcji. Był to głos tak znienawidzony, że na sam jego dźwięk pragnęłam odrzucić słuchawkę. Był to głos osoby, która łączyła mnie z małym sąsiadkiem, kiedy się urodziłam - na wzór rodzin królewskich - i przestrzegała wychowania w dziewczęcym stylu. Matka, bo któż inny mógłby być tak ograniczony... - Nano Willberg, słyszysz mnie?! - krzyk matki zagłuszał wszelkie myśli.
- Tak mamo, jestem - wyrzuciłam z siebie. - Ale mamo hm... byłam ostatnio bardzo zajęta, więc...
- Tylko nie mów, że znów pogrążasz się w tym zgubnym nałogu. - Kobieta zamyśliła się. - Twój ojciec tyle pracował na to, żeby cię z tego wyciągnąć i żeby z tego powodu nie wyrzucili cię ze studiów, że pokazujesz skrajną nieodpowiedzialność nie doceniając tego. - Ojciec pracował w oddziale dobrze prosperującej firmy, miał wysokie stanowisko i to przekładało się na dość wysokie dochody. - Kto jak kto, ale tylko ty mogłabyś to zrobić. Weź przykład ze swojego brata - Williama, który skończył właśnie studia w Cambridge, a ty co?! Ciągniesz się na jakiejś zapleśniałej, londyńskiej uczelni...
- Mamo! Ona nie jest taka zła,- zaczynała wzbierać się we mnie złość- a po drugie nie jestem na tyle inteligentna, aby iść w ślady Willa...
- Williama, on ma na imię William! Jest już dorosły, więc nie skracaj jego imienia! - matka zawsze czepiała się, kiedy ktoś skracał imiona. Szczególnie jej ukochanego synka.
- Poza tym pogódź się z tym, że mogę nie skończyć studiów.
- I kim wtedy będziesz?! - ze wzburzeniem odpowiedziała mi matka - Sprzątaczką, czy w ogóle jakimś żulem na dworcu, czy w parku? A może jeszcze bardziej się ograniczysz? Zostaniesz żebraczką?! Wiedz, dziecko, że wtedy cię nie wspomogę. Bo nie zasługujesz.
Dobrze, że mnie nie widziała, bo w tym momencie zrobiłam się cała czerwona z wściekłości i nerwowo rysowałam ludzika wbijającego nóż w serce drugiego. - Już od przyszłego tygodnia wracam na uczelnię - rzuciłam oschle.
- No właśnie, właśnie. - matka zawiesiła na moment głos i wiedziałam już, że kroi się coś niedobrego. - zastanawiam się, czy nie przyjechać i nie zamieszkać z tobą do czasu, kiedy nie dotrzesz do normalnego życia. No... i żeby nadzorować twoje postępy w nauce... Bo pamiętam, że kiedy pilnowałam ciebie po twojej wpadce w ósmej klasie udało Ci się skończyć szkołę... Tak otóż to... przyjadę...
- Mamo! Po - ra -dzę -- so - bie -- sa - ma! - ostatnie słowa wypowiedziałam tak głośno, że mogło je usłyszeć całe miasto (zwłaszcza, że okno było otwarte). - Nie martw się aż tak o mnie, - rzuciłam ironicznie - nie zhańbię już honoru twojego, ojca, ani ukochanego braciszka! Jeżeli tak bardzo chcesz to nie wiem... Udawaj, że mnie nigdy nie było!
- Na....na - moja rozmówczyni zaczęła już płakać. Nie... nie dam się nabrać na te sentymentalne zagrywki. - Miej liii...tosć (pociągnięcie nosem) nad kocha... (pociągnięcie nosem)jącą maaaaatką (zawycie). - w tej chwili matka zatraciła się zupełnie w swojej histerii (którą zapewne udawała, żeby wzbudzić współczucie).
- Kochającą? - prychnęłam i odrzuciłam słuchawkę. Nie będzie mi ta stara zrzęda mówiła, co mam robić!
Stara nudna pierdziocha, pomyślałam, a w tym momencie przypomniał mi się głos mojego brata - "Nano, jesteś złą osobą dla twojej matki" i znienawidziłam go jak nigdy dotąd. Nawet bardziej niż w momencie, kiedy mi to kazanie prawił. Skończył sobie prawo i co? Jest mocny? Tak, wszechmocny. Może mnie skaże za posiadanie narkotyków, albo za to, ze ubliżam matce? Wyjrzałam przez okno. Świat pokrywała lekka słoneczna poświata. Spowijała kamienice i odbijała się od Tamizy pięknym światłem. Aby wyładować swoje emocje przebiegłam w górę i w dół po kamienicy (takie dziecięce przyzwyczajenie). Dwa piętra wyżej ten chłopak z wczoraj (ten, którego ten ciemnowłosy tak oschle potraktował) dzwonił do drzwi, na następnym dzieciaki bawiły się samochodzikami. Zbiegłam do mieszkania, wybiegłam z pokoju i zabrałam blok oraz cienkopis, a siedząc na ławce nad brzegiem Tamizy rysowałam drugi brzeg.


do góry

IV
Bazgrałam cienkopisem bez opamiętania po tej kartce, która zaczynała mieć już powoli dość manifestowania na niej swoich uczuć i się, cholera jedna, przerwała.
- Kurwa mać! - Mruknęłam pod nosem wrzucając kamień z chodnika w brudną wodę. - Nie mogłaś się głupia kartko nie przerywać?! Nie można było?! - Żal mi było trochę rysunku, bo w miarę wyszedł. Smuga rzeki z kawałkiem zmęczonego miasta... Zmęczonego jak ja... Można by było potem pokreślić na tym farbami i sprzedać turystom za dobrą cenę... Pieprzona złośliwość przedmiotów martwych - gdyby one nie mogły być choć trochę grzeczniejsze, rozmawiam przecież z nimi!
Zsunęłam się z ławki, czarne pukle posypały się na twarz. Usiadłam na zimnym betonie i stwierdziłam, że takie już jest życie człowieka, który nie ma przyszłości. Takie jest całe jego życie. Nagle ciężar całej tej tułaczki, obecnej przyszłej spadł mi na ramiona. Wątłe i wychudzone ostatnio. Dramatyczny szloch zatrząsł moim ciałem i wydałam z siebie odgłos podobny gdakaniu kury. Łzy popłynęły po twarzy niczym roztapiające się sople, których nikt nie zatrzyma, bo jest zbyt ciepło. Dziwnie musiałam wyglądać. W kabaretkach, krótkiej spódniczce w kratę, nieprzystosowana zupełnie do panującego chłodu trzęsąca się jak trzcina na wietrze i wydająca odgłosy godne najszlachetniejszej kury. Za dużo ostatnio ćpałam i stałam się zbyt sentymentalna, wypaliło do cna moje mocne nerwy i chęć schowania uczuć. Żegnaj twarda dziewczyno i witaj sentymentalny głupku. Umarł król, niech żyje król.
W tym momencie gdzieś za moimi plecami rozległ się donośny, niepohamowany śmiech, który sprawił, że cała się zatrzęsłam. Stanęłam w obliczu trudnej sytuacji będąc zawsze osobą twardą - kiedy zdarzyło mi się raz zapłakać ktoś od razu mnie zauważył i ocenił po pozorach. Wstałam, otarłam łzy, wzięłam podartą kartę i cienkopis i od razu zrozumiałam, że odgłos śmiechu dobywa się z otwartego okna jednego z mieszkań w kamienicy, w której mieszkam. Przez jeden moment zastanawiałam się czy wejść do środka i rzucić coś do nich, czy pozostać na miejscu i nie zrobić nic. Zwyczajnie udawać, że nic się nie stało. Decyzję podjęłam zauważając, że z samochodu przy następnej przecznicy wysiada mój brat. Stwierdziłam, że lepiej, jeśli nie zobaczy mnie w takim stanie na ulicy i wbiegłam szybko do kamienicy. Przeskakiwałam po dwa stopnie nie zważając na ciężar butów i to, że rajstopy przedarły się na kolanie. Biegłam tak szybko, że nie zauważyłam nawet, że przy wejściu na moje piętro znajduje się jakaś ulotka i poleciałam przez całą długość korytarza uderzając przy okazji głową w ścianę.
- Cholera jasna! - krzyknęłam, niezbyt jednak głośno, bo zdążyłam usłyszeć trzaśnięcie drzwiami. W panice, że to mój brat, zaczęłam wbiegać dalej. Wbiegłam do góry o jeszcze jedno piętro - tutaj z kolei na wysokości mojego mieszkania drzwi stały otwarte na oścież.
- Ech... koci żywot - mruknęłam wspinając się na półpiętro, gdzie zobaczyłam dziwne skupisko ludzi. Już miałam wyskoczyć i zapytać się, z jakiego powodu śmiali się ze mnie, biednej buntowniczki szukającej akceptacji na ulicach Londynu, starczyło mi jednak wrażliwości, aby dostrzec, że to nie ze mnie - egoistki (czy ja zawsze musze myśleć tylko o sobie?!) się śmiali. Zraz przy schodach stał dobrze znany jej już z widzenia chłopak. W pozie zupełnej dezorientacji i zagubienia, z półotwartymi ustami i szklistymi oczami. Naprzeciw niemu stali, (a któżby to!) ten, który pamiętnego wieczora tak nieładnie go odrzucił i znany jej z widzenia... Jej sąsiad, tak... Obok stała ładna dziewczyna, która obserwowała wszystko ze skupieniem i krytyką w oczach. Podczas rozglądania się omiotła mnie wzrokiem, więc automatycznie się cofnęłam, pozostając jednak na stanowisku obserwatora przedziwnej sytuacji.


do góry

V
Kilka słów i znikli mi już z pola widzenia. Drzwi trzasnęły, a ja pozostałam sama z bratem czekającym już pewnie pod moimi drzwiami. Zapewne mi będzie marudził, kaznodzieja pieprzony. Ale cóż - sama jestem sobie winna, że mam takie brata. Śpieszyło mi się do narodzenia, więc... W tym właśnie momencie z nadludzką prędkością przebiegł obok mnie jeden z chłopaków.
- Uważaj jak chodzisz - tylko tyle zdążyłam krzyknąć, ale i tak nie usłyszał, a ja zostałam ze świadomością, że braciszek ma już stuprocentową pewność, co do mojej obecności w kamienicy. Pech...
- Nana! Nana, słyszę cię, gdzie jesteś?! Nie schowasz się przede mną! - czy ten debil musi mnie traktować jak dzieciaka? Czy ja nie mam już dwudziestu lat?!
Powoli zeszłam ku spotkaniu z przeznaczeniem, złym losem, moim demonicznym braciszkiem. Porządek, mądrość i jeszcze raz porządek - główne jego zasady średnio pokrywały się z moimi. Dobrze ceniłam inteligencję, ale nie pogardziłam odrobiną głupoty, może dlatego tak dobrze udawało mi się pokładać w sobie te niezliczone kilogramy nonsensu. Zeszłam ze schodów i ujrzałam go. Dobrze ułożona fryzura, idealnie skrojony garniturek i pasujący krawat z drogimi spinkami. Stał opierając się o drzwi, a na jego twarz malowało się lekkie rozbawienie.
- Och Nanuś, nie zaprzestałaś tych dziecięcych praktyk chowania się przede mną za każdym razem, kiedy tylko mnie zobaczysz. Zabawne... - tu zaśmiał się ze swojego żartu. - O! I nadal nie wyrosłaś z tego pankurstwa. - ironiczny sposób, w jaki wypowiedział to słowa i sam wydźwięk wyrazu sprawił, że chciałam dać mu w zęby. Udało mi się ten zwierzęcy popęd opanować tylko silną wolą... w końcu mógłby pójść i naskarżyć mamusi. - Doprawdy - powinnaś dorosnąć - zaczęłaś już, prawie (rodzice przecież nadal przysyłają tobie pieniądze) życie na własny rachunek, a wciąż jesteś tak... nieodpowiedzialna. Nie wiesz, że tysiąc razy łatwiej byłoby ci złapać jakieś zatrudnienie, gdybyś ubrała się w coś normalnego? Ach! I przede wszystkim musisz zacząć szukać tej pracy, a nie... leserować! - Leserować? Już niedługo wracam na studia i jeszcze zobaczysz. Zobaczysz, że... - rzuciłam podchodząc do drzwi i wyciągając dłoń do klamki. - Że co? Ze względu na to, że będziesz bardzo pracowita, będziesz ćwiczyć podnoszenie ciężarów - tutaj wykonał jakże wiele znaczący gest podnoszenia dłoni zwiniętej w rurkę do ust - albo zaćpasz się na śmieć? To będzie dowód, że coś robisz - tak uważasz? Myślisz, że będę się cieszył wypisując na twoim nagrobku Kochający brat?
- Nie, bo tego nie napiszesz. - Odpowiedziałam mu pełna wyrzutu, otwierając drzwi. Na szczęście w mieszkaniu nic się nie zmieniło... Ale może zacznę się poważnie zastanawiać nad zamykaniem drzwi na klucz.
- Jak to nie napiszę? - zaczął mnie świdrować swoimi brązowo-niebieskimi oczyma, tak podobnymi do moich - Nana, czy to nie rozumiesz? Ja cię naprawdę kocham. - objął mnie lekko ramionami, nie wyrywałam się, nie wiem czy to miałoby sens - Nie rozumiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej... - był ode mnie o całą głowę wyższy i w tym momencie czułam doskonale wyważoną woń jego wody toaletowej. - Nanuś, moja mała, zawsze będziesz moją ukochaną siostrą. Będę pilnował, żeby nic się tobie nie stało, sprawdzał, czy wszystko u ciebie w porządku. Przecież dlatego przyjechałem. Nie mogłem się do ciebie dodzwonić, więc przybyłem, żeby sprawdzić, czy nic ci się nie stało - jego ogromna łza spadła na czubek mojej głowy. Przytuliłam go także, choć nie byłam pewne, czy wierzyć w jego, jakże nierealne wyznanie.
Wprowadziłam brata do domu i poradziłam mu się rozgościć. Moje skromne wnętrze nie było, co prawda, zbyt imponujące dla człowieka jego pokroju - zatrudnionego zaraz po studiach w jakiejś dobrej kancelarii, ale skoro mnie tak kochał, to wytrzyma.
- Herbaty? - spytałam go, choć znałam odpowiedź. Kult tego napoju wyniosłam z domu.
- A owszem.
- A jaką chcesz? Earl gray, Czarną w torebce, fusy, zieloną, o smaku truskawki, mango...
- Zieloną - uciął moje wyliczanie, choć już je kończyłam. Została mi tylko karmelowa.
Przez cały czas dziwnie mi się przyglądał. Dokładnie, jakby czegoś szukał. Dobrze, że postanowiłam założyć bluzkę z długimi rękawami. Skoro był tak przewrażliwiony na moim punkcie wolałam nie prowokować dalszych wybuchów histerii. Szybko uporałam się z przyrządzeniem napoju i usiadłam wraz z nim przy stoliku w kuchni.
- Dość mało tu masz miejsca...
- Nie potrzebuję więcej. - ucięłam jego rozważania nim zdążył wypowiedzieć jakąkolwiek propozycję. - Dobrze mi się tu mieszka.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, a potem on zaczął gadać, jak to mu się układa, że poznał jakieś tam szychy, ogólnie nic co by mnie interesowało, ale udawałam, że słucham zajęcie. W końcu lepiej, żeby to on mówił o sobie, niż namawiał mnie do opowiedzenia o swoich problemach. Kiedy już wypiliśmy herbatę stwierdził, że musi iść. A na odchodne powiedział mi tylko coś w stylu: Nikomu cię nie pozwolę skrzywdzić. Nikomu cię nie oddam. Usiłowałam mu powiedzieć, że zajechał mocno telenowelą brazylijską, ale, nim zdążyłam dojść do korytarza, go już nie było. Gdzie do cholery się tym wszystkim ludziom tak spieszy?!


do góry

VI
Po spotkaniu z bratem miałam zupełny mętlik w głowie. Przydałoby się czegoś napić, ale mój barek był zupełnie pusty. No cóż - dużo się ćpało to i było trochę imprez. Na szczęście nie u mnie (chyba), bo jak widać sąsiedzi nie mają o mnie zszarganej opinii - jak dotychczas. Ja też w ogóle ich nie znam. Matka na pewno by marudziła, że nie ma tutaj atmosfery... Ale przecież nie ona tutaj żyje! Przez to, że mieszkałam z rodzicami tak długo zaczęłam już myśleć na ich sposoby. Nigdy nie unikniesz tego, że powoli stajesz się taki, jak twoi rodziciele - właśnie dlatego tak prędko się wyprowadziłam. Nie będzie mi ta brzęcząca mucha opowiadała, co mam robić i zatruwała mi myśli. Jeszcze się zdziwi!
Ze względu na to, że postanowiłam wyjść musiałam się jakoś przygotować. Zasiadłam przed lustrem i rozpoczęłam ablucje. Wyznaję zasadę: albo żaden, albo mocny makijaż, więc przyglądając się mojej szafie wybrałam cienie w kolorze purpury i równie czerwoną szminkę. Nie zapomniałam także o dobrym tuszu do rzęs i pomalowaniu paznokci. Gdy już moja twarz przedstawiała się jakoś dobrałam czerwony gorset i krótką czerwoną spódniczkę. Pod to kabaretki i, jak zwykle, glany. Zapinając niezliczone pieszczochy i obroże nie dbałam o umiar i tak wyszłam z większą ilością metalu na sobie, niż sama ważę - jak to powiedziała Lettie, kiedy ujrzała mnie jakiś czas temu wychodzącą na imprezę.
Tym razem nie zapomniałam zamknąć drzwi. Stwierdziłam, że musze się jakoś nauczyć odpowiedzialności i nie zamykać się na zagrożenia czyhające ze świata zewnętrznego. Kiedy wyszłam było mi odrobinę zimno, bo nie pomyślałam, że ramoneska na samym gorsecie nie jest ubiorem zbyt ogrzewającym, ale przecież przeżyję jakoś. Nikt jeszcze nie umarł od posiadania samej kurtki... Chyba.
Poza tym, nawet gdyby cokolwiek się stało to czy kogoś by to obeszło?
Ach, fakt - braciszka
Nie muszę nikomu wyznawać, że zdziwił mnie tą wizytą. Myślę, że każdy byłby zdziwiony. Może nie sama wizyta była dziwna, ale to co wtedy powiedział. Nie wierzę w rodzinne pojednania. To nie dzieje się tak... Myślę, że w pewnym momencie po prostu zapomina się o swarach i... żyje się dalej. Może nie zapomina się, ale przebacza. Po pewnym czasie zauważamy, że nasze kłopoty są nieważne. Uch... Wsparłam się o ścianę. Świat jest za ciężki na moje ramiona, a - jak każdy - dźwigać go muszę... I tak nie mam tylu problemów, co niektórzy - przecież ćpanie, picie i brak jakiegokolwiek wsparcia to... żaden problem. Kurwa mać znowu wpadłam w jakąś depresję. Jak gdybym za wszelką cenę poszukiwała partnera. To na pewno ze względu na brak nikotyny. Drżącymi rękoma wyciągnęłam z wewnętrznej kieszeni kurtki papierosy i zapalniczkę i już po kilku sekundach moje płuca wypełnił zbawczy, miętowy dym.
- Przepraszam, ale czy nie wie pani, że palenie źle wpływa na zdro... - znowu ten pieprzony kurdupel. Dlaczego akurat w tej dzielnicy musiało się narodzić takie dziecko?!
- Wiem, a wiesz, co się stanie, jeśli będziesz ze mną dalej rozmawiał? Ze względu na bierne palenie twoje płuca też staną się całe czarne, zachorujesz na gruźlicę, będziesz kaszlał krwią, a potem sam uzależnisz się od papierosów... - już w połowie mojego wywodu mały przemądrzalec uciekł, a mnie spotkało tylko karcące spojrzenie jego matki.
- Nie ja go zaczepiałam... - rzuciłam sarkastycznie za kobietą o posturze kury domowej. Czyż nie miałam racji?
Po jakichś pięciu papierosach dotarłam wreszcie do Liberte. Jak zwykle z okien padały czerwone światła, niczym z taniego burdelu. Mimo to często tu bywałam. Światła można było przeboleć, towarzystwo także, a przecież robili tu dobre drinki i puszczali niezłe kawałki. No i - co najważniejsze - był to dość tolerancyjny lokal, gdzie każdy miał swoje własne problemy. Kiedy stanęłam przed drzwiami, udało mi się zauważyć, że tym razem jest tu jakaś zorganizowana impreza. Włożyłam łeb przez szparę i zapytałam, czy wpuszczają. Niezwykle grzeczny kelner odpowiedział, że owszem, jeśli tylko coś zamówię i za to zapłacę. Rozejrzałam się po sali i ujrzawszy połowę miejskiego światka narkotykowego zdążyłam szepnąć tylko o kurwa!, ale lawirujący tłum wepchnął mnie do paszczy lwa i nie miałam już jak uciec. Z jednej strony zęby, z drugiej - przełyk.


do góry

VII
Zmuszona przez kelnera, usiadłam w rogu sali, wszystkie inne stoły przeznaczone były na jakiś inny cel... No cóż, zorganizowana impreza jest królem i mogłam się tylko cieszyć, że znalazło się dla mnie jakiekolwiek miejsce. Ruchem ręki zawołałam kelnera i poprosiłam o napój procentowy. Ten odpowiedział mi, że może coś dla mnie znajdzie, ale będę musiała zapłacić więcej.
- Kolego, cokolwiek
, macie może coś, czego oni - tu wskazałam ruchem głowy na wijący się w tańcach jak z alkowy i zbierający się powoli tłum - na pewno nie będą pili? Uch, a także, przy okazji - dorzuciłam - jest na moją kieszeń?
- Postaramy się cos załatwić.
- Pamiętaj, to leży w twoim interesie! Jasne...? - no cóż, wiem, że się nad nim znęcałam, ale grunt to zapewnić sobie miejsce w stadzie, bo jeżeli nie będą cię szanować, to nie będziesz miał nic i... zginiesz marnie.
W oczekiwaniu na drinka przyglądałam się będącym na sali ludziom. I tak na przykład wypatrzyłam Andrew Formera, któremu wisiałam dwadzieścia funtów (tak to jest jak się bierze towar na kredyt...), Bole'a Greena (też dwadzieścia - tak z tych samych powodów...) i mojego sąsiadka -Nicka Wolfwooda. Sąsiada, a teraz w tym świetle rozpoznałam w nim także dealera, który kręcił się cały czas gdzieś w pobliżu mojego domu (teraz już wiem dlaczego...) co spowodowało, że zadłużyłam się mu na pięćdziesiąt funtów. Te kwoty nie są niby takie duże, ale dla obecnego stanu mojej kieszeni wręcz miażdżące. Ze względu na lęk przed rozpoznaniem zwróciłam twarz w stronę drzwi. Do lokalu przybywały coraz to dziwniejsze osobniki - kobieta z karłem na głowie, mężczyzna ubrany w spodnie bez tylnej części, mój sąsiad w garniturze (rany Liberte nie leży tak blisko mojego domu...), tabuny dziewcząt przebrany za bohaterki Star Treka. Potem długo, długo nic, aż wreszcie do lokalu trafili główni bohaterowie porannej sceny. To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać co do cholery tak przywiązało mnie do tych ludzi, że gdzie oni - tam i ja... I w tym momencie zaczęły się wyczyniać dziwne rzeczy, złączono dziesięć stołów (ledwo wydarłam swój, jak własność niepodważalną). Potem zaproszono wszystkich gości do stołu (ledwo się zmieścili). Przez moment było spokojnie, kelner przyniósł mi jakiegoś słabego drinka, a moment później na stole pojawił się nikt inny tylko Nick Wolfwood. Gdyby nie to, że był zaprzątnięty czymś innym, gdyby nie to, ze był totalnie zaćpany i zachlany zapewne schowałabym się pod stół, bo sama dobrze wiem, że nie znoszę dłużników, a że nie mam zahamowań to się zwykle źle kończy... Stanął na tymże stole i zaczął przemawiać do tłumów:
- Umiłowani! - Tak, akurat. - Zebraliśmy się tu po to, aby pożegnać naszą drogą współsiostrę Michelle Goldwin. Pamiętacie zapewne jak piła tu z nami beztrosko ledwie tydzień temu? - nie, nie pamiętamy, ale wśród tłumu zapadła cisza pełna żalu... Szczerze mówiąc, nie znałam kociaka - Tak to już jest. Przychodzimy samotni i samotni odchodzimy. Michelle umarła, choć była tak pełna życia. Nie ma jej. Ale czy coś się zmieniło? Czy słońce dzisiaj nie wstało? Czy rzeka, która kryła jej ciało, nie toczy dalej swych wód? Czy na ulicy gromadzą się tłumy, łkające bezsilnie nad losem upadłej dziewczyny? - Tutaj wstawił pauzę, żeby wzmocnić wymowę. Nie trzeba, nie trzeba i tak wszyscy to widzą. Zbyt dobrze. - Nie. Za takimi jak ona, za takimi jak MY, nikt nie płacze. Nikt nie interesuje się naszym losem. Nikt. - och trafił mnie, trafił mnie aż na wskroś. - I czy zapijamy się w trupa z rozpaczy czy wykrwawiamy gdzieś w rynsztoku, obywatele tego pięknego miasta mają to gdzieś. - Szczerze mówiąc, gdybym zdechła, nawet mi nie byłoby siebie żal. Patrz, patrz, jakimi nędznymi jesteśmy istotami... - Żyjemy w czasach, gdzie zanikają wszelkie więzi. Rodzina, cóż to teraz znaczy? Czy matki, ojcowie, rodzeństwo nie jest sobie zupełnie obce? - w tym momencie przypomniała mi się wizyta mojego braciszka. Dobrze, że chociaż on sprawił, że mogłam oprzeć się bezbłędnemu uderzeniu słów mężczyzny. Świetnie wybrał sobie odbiorców. Wszyscy, ile nas tam było, mieliśmy jakieś problemy. Problemy, które spowodowały, że zaczęliśmy sprzeciwiać się rodzinom i staczać na dno. Inni ludzie by tu nie przyszli... - Ale my, ludzie, których łączy jeden cel: WOLNOŚĆ, my trzymamy się razem. Zawsze i wszędzie. Dzisiaj pijemy wspólnie za wieczność Michelle, jutro ktoś może pić za naszą. Trzy okrzyki na cześć nieodżałowanej Michelle!
- A więc bądź wieczna Michelle, kimkolwiek byłaś. - okrzyk mój został zduszony przez bezładne krzyki ludzi zgromadzonych wokół stołu, którzy gotowi byli zrobić wszystko, co ich prorok powiedział. W tym momencie chłopak miał taką władzę nad tymi ludźmi, a wynikało to z tego, że poznał ich dusze. Znał ich problemy. A był to jeden z gorszych ludzi na tym stanowisku.
W momencie, kiedy mnie dręczyły jakże egzystencjalne przemyślenia dotyczące tłuszczy zgromadzonej w lokalu Nick uciszył wszystkich i zaczął mówić dalej:
- Życie jest krótkie. Więc jaki musimy wyciągnąć z tego morał? Zapomnijmy o żalu, bo przegapimy to, co naprawdę jest ważne! Szkoda życia na smutek! - no tak, to już bardziej podobne do cieszącego się niezwykle złą sławą mężczyzny - dealera narkotykowego i pożeracza wszelkich serc. Czy niewieścich, czy męskich, to było nieważne. W chwilę po swoim okrzyku otworzył butelkę szampana z wielkim hukiem, a muzyka ryknęła z głośników tak, że ledwo usłyszałam ostatnie jego zdanie, które brzmiało mniej więcej jak La vie boheme, ale nie jestem pewna, co do jego treści... Później na stole zaczął się wielki erotyczny show, a ja czując na sobie spojrzenie kogoś z góry nie dociekałam już, który to z tancerzy, odwróciłam tylko głowę w obawie przed rozpoznaniem.
W tym momencie, jak oszalała, moja piękna sąsiadka wpadła na mój stolik tańcząc szaleńczo wraz z gościem w garniturku. Wywijali przedziwne figury w tańcu nieograniczonej szczęśliwości. Tańczyli pochłonięci sobą, nie zwracając uwagi na nikogo innego. Prawie zrzucili mojego drinka, więc szybko wypiłam go do dna i oddałam szklankę kelnerowi. Swój szaleńczy taniec dziewczyna mieszała z okrzykami La vie boheme, la vie boheme. A zakończony został namiętnym pocałunkiem elegantki z chłopakiem. Pasowali do siebie i zdecydowanie nie pasowali do miejsca. Było w nich zbyt wiele radości, zbyt wiele życia... Nie pasowali do gromady robocopów z sińcami pod oczyma, a źrenicami mimo jasności rozszerzonymi do granic możliwości. Mieli zbyt wielką świadomość dokonywanych czynów. To się mogło odbić kacem moralnym.
Zmęczona gorącem, towarzystwem i zmuszona do opuszczenia stolika stanęłam przy drzwiach i zapaliłam kolejnego papierosa.


do góry

VIII

Jak przypuszczałam, kac moralny objawił się prędzej niż nawet zdążyli wytrzeźwieć. Zaraz po momencie. Najpierw z przyjęcia wybiegł oszołomiony garnitur (dopiero za garniturem mężczyzna), a potem piękna. Nie skończy się to dobrze dla żadnego z nich. Nawet mi trochę było przykro. Ale ja sama patrząc na to, że zaraz może się przede mną objawić oprawca piłam coraz więcej. Krwawą Mary, sake, czystą polską wódkę... Nie zwracałam uwagi na to, że mój portfel chudnie. Moje płace na czynsz tego wieczoru poszły się... Jednym słowem znikły w przepastnej kieszeni właściciela baru. Czasem trzeba się pogodzić z nieprzewidzianymi wypadkami. Nie czułam się osamotniona, bo wszyscy pili wszystko co popadnie. Mnie samej udało się jakoś utrzymać na nogach przez całą imprezę, ale mam już doskonale wyćwiczoną głowę. Nie ma to jak dużo imprez w roku.
Poniesiona napojami procentowymi śpiewałam nawet na przyjęciu. Każdy robił to, co chciał, więc wskoczyłam na swój stół i zaczęłam śpiewać London Calling. Było już za późno, żeby dotarło do mnie, że jestem na przyjęciu pełnym tych, którzy mogą mi zrobić krzywdę, kiedy mnie zobaczą i absolutnie mnie to nie obchodziło. Z resztą ich chyba też nie, bo zupełnie mnie olali. Sami też pewnie byli pijani, zaćpani. A może stwierdzili, że w dzień, kiedy mamy się łączyć nie chcą już mnie izolować? Dobrze by było. Dobrze było, żeby Nick czasem pomyślał o tym, co mówi... Może tym razem tak się stało?
Wypaliłam dziesiątki papierosów, pożyczałam, brałam bez pytania. Pyszne papieroski o zapachu i smaku wiśni. Nie mogłam się im oprzeć, więc przy okazji musiałam flirtować z jakimś mięśniakiem, który chodził prawie nagi po lokalu. Flirotwałam z nim tak długo, aż się skończyły. Śmierdziałam pewnie, jak stary komin, ale dawno już się z tym pogodziłam. Nie ma to w końcu, jak być świadomym swoich wad.
W pewnym momencie, kiedy usiadłam, by trochę odpocząć i sfolgować opadł na mnie, nie kto inny, jak mój sąsiad - ten, który zawsze ma przesrane. Zmęczony leżał tak w moich ramionach jak spokojne dziecko, które po zażyciu leków przeciwbólowych ma spokojny sen. Zwinął się do pozycji embrionalnej, ale nie miał wizerunku spokojnego dziecka, bo w grymasie jego twarzy przejawiał się nieskończony smutek.
- Biedny chłopak. - powiedziałam muskając jego policzek, niczym dobra ciotka. - Nana zaraz odprowadzi cię do domku, nie martw się.
- Ghughu... - nieartykułowany dźwięk, który chłopak wydał, jeszcze bardziej zachęcił moją pijaną osobowość do zachowań macierzyńskich.
Choć towarzyszyły mi dziwne spojrzenia wyniosłam mężczyznę na zewnątrz, jednak zmęczona niesieniem dość pokaźnego ciężaru położyłam go na ławce.
- I jak my dotrzemy do domu? - myślałam głośno. Wybawieniem z sytuacji okazała się kobieta, która akurat przechodziła obok. Niosła w ręku butelkowaną wodę ze sklepiku obok. Wyrwałam jej butelkę jednym szybkim ruchem bez słowa wyjaśnienia, odkorkowałam i wylałam całą jej zawartość na twarz chłopaka. Reakcja była natychmiastowa. Obudził się z krzykiem z letargu, spoglądając na mnie wściekłymi oczami.
- Kim ty jesteś, żeby mnie tak budzić?! - jego skronie pulsowały w przyśpieszonym tempie, na przemian składał i rozkładał pięści.
- Ja bardzo cię przepraszam, ale akurat poległeś w boju na moich barkach, a wiem gdzie mieszkasz, więc chciałam pomóc ci dojść do domu... - mój nieco zakrećony (dużą ilością alkoholu) umysł próbował załączyć, aby wyjaśnić dobrze sytuację. - Chodzi o to, że... - A skąd wiesz gdzie mieszkam? - chłopak wydawał się zmieszany
- Tak się składa, że jestem twoją sąsiadką. Mam na imię Nana i mieszkam piętro niżej. - zawiesiłam głos. - A... właśnie, jak ty się nazywasz?


do góry

IX

- Alec, Alec Villon... - drugą część wypowiedzi ledwo usłyszałam, bo mój rozmówca mówił bardziej do podłogi, niż do mnie, ale mogłam mu to wybaczyć, był przecież pod dosyć silnym wpływem.
Przez chwilę zastanawiałam się, co zrobić, żeby trochę się wyluzował, jednak w końcu wyrzuciłam pierwsze, co wpadło mi na myśl. - Francuz na emigracji? - chociaż nie było wątpliwości, że jest Anglikiem, jednak w jego osobowości było coś nietutejszego. Jak gdyby przynależał do jakiejś francuskiej bohemy, wrażliwy, twórczy zapewne. Pijani ludzie mają dziwny sposób postrzegania rzeczywistości, prawda?
Przyglądałam się mu, obserwując reakcję, ale moje słowa ani trochę go nie odprężały. - Coś w tym stylu... - mruknął tylko do swoich butów spoglądając na mnie spod pochylonej głowy, udając jednocześnie, że w ogóle na mnie nie patrzy. Czego nie można było powiedzieć o mnie, która w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytanie przyglądałam mu się uważnie. Świat dawno stracił wiarę w pojęcie oczy zwierciadłem duszy, jednak moja babcia tak silnie wpoiła we mnie tę zasadę, że miałam to opracowane już dosyć dobrze. Rozpoznawanie ludzkich odruchów, fizjonomii, mimiki. Chłopak najwyraźniej nie wiedział, co zrobić. Bał się? Chyba nigdy się tego nie dowiem, bo po pijaku wiele rzeczy się zapomina.
No już... nie gryzę! myślałam. Nie bój się mnie. Dopóki nie trzymam siekiery w ręku i nie mam szaleństwa w oczach, nic ci nie zrobię.
Chłopak obrzucił mnie jeszcze jednym przelotnym spojrzeniem, poczym rzucając jakąś wymówkę rzucił się do ucieczki w stronę naszej kamienicy. Nie zauważył, że nie sprawiał problemu, bo przecież miałam zamiar iść w tym samym kierunku. Chyba zbyt się mnie bał. Rozśmieszona tą myślą rzuciłam przelotny uśmiech, do wychodzących z lokalu osób, a potem sama powoli ruszyłam w stronę domu. Mimo tego, że wydawało mi się, że jestem radosna, to w głębi serca poczułam się samotna i zostawiona samej sobie. Jakby nikt już nie chciał rozmawiać z kimś takim jak ja. Słusznie. Dość mają własnych problemów. Wtedy to jednak do mnie nie docierało. Pozwoliłam sobie na odrobinę egoizmu i, zanim zauważyłam, płakałam przez całą drogę do domu. Płakałam długo i rzęsiście. Pomalowane przedłużającym tuszem rzęsy kleiły się do siebie, a cały makijaż spływał po policzkach niczym rzeka smoły i krwi. Rzeźbił doliny w wysmarowanych fluidem policzkach, skapywał na nieosłonięte ramiona. Kurtka zawiązana w pasie ciągnęła się za mną w żałośnie pełznąc po nierównych chodnikach.
- Nie płacz, dziewczynko, ja cię utulę! - banda jakichś pijaczków po czterdziestce zaczęła iść za mną. Tacy są silni tylko w komplecie. Ale nie wiedziałam, co zrobić. Uciekać, stanąć i odpowiedzieć im jakoś na zaczepki? A może zwyczajnie nie robić nic, tylko iść dalej swoją drogą. Bicie serca przyspieszyło, oddech stał się szybszy. Znałam to uczucie. Starach, stres. Niedługo zacznie mi brakować powietrza. Zacznę się zwyczajnie dusić. Dopóki nikt nie doprowadzi do mojego ciała dwutlenku węgla nie będę mogła wziąć głębokiego oddechu. Nie miałam ze sobą żadnej papierowej torby. Dla pewności przeszukałam jednak siebie, potem kurtkę. Musiała wypaść, kiedy kurtka o coś zaczepiła.
- Laleczko! Czekaj na nas! - usiłowałam nie doprowadzić do ataku. Uspokoić oddech. Na nic to się zdało. Oddech stał się bardzo szybki poczułam taki ból, jakby na moją klatkę piersiową spadło szesnaście ton. Zsunęłam się na podłogę. - O...! Już się szykujesz, to dobrze! - Oddech stał się tak szybki, że nie mogłam już wytrzymać. Klatka piersiowa bolała, jakbym miała umrzeć. Myślałam Nie widzicie, że się uduszę?! - Ty! Wacek! Ona chyba umiera! - pijacy stłoczyli się wokół mnie i zaczęli się naradzać.
- Piotruś... Chyba musimy uciekać. Nie chcesz, chyba, żeby było, że ją zabiliśmy?! - usiłowałam szeptać do nich Pomocy
- Po....... mo... cghyyy - wydobyłam z siebie świszczące słowo.
- Co ona gada? Poćwiartuje nas? Uciekajmy. - I mimo moich proszących o pomoc spojrzeń uciekli.
Uspokajałam siebie myślami, że to niedługo się skończy, jednak z drugiej strony poczułam, że ktoś chce mi pokazać, jak bardzo powinnam cenić swoje życie. Jak gdyby zemsta Nicka, za nieuwagę podczas jego przemówienia. Pogrążałam się powoli w nieświadomości...
Nagle gdzieś obok mnie upadła papierowa torebka. Sięgnęłam po nią spokojnie i przyłożyłam do ust. Oddech powoli się stabilizował. Kiedy było już w porządku ruszyłam ledwo przebierając nogami do domu. Już wiecie, dlaczego nie przejmuję się nocnymi napadami, kiedy siedzę nad Tamizą i palę papierosa? Po prostu bym nie wytrzymała i to cały sekret. Kiedy dotarłam do drzwi przekręciłam kluczyk i rzuciłam się na łóżko. Choć chciało mi się płakać, nie płakałam. Wiem, byłam sama, zobaczyłam, jak małe szanse były na uratowanie mnie. A jednak ktoś mnie uratował. Tylko kto? Nie wierzę w przypadki i dlatego myślę, że jednak ktoś uratował mi życie. Może jednak jestem komuś potrzebna?


do góry

X

Obudziłam się przykryta szczelnie kocem, z tabletkami przeciwbólowymi na komodzie. I herbatą. Jeszcze ciepłą. Nie pamiętałam, żeby ktoś był u mnie, żebym kogoś zapraszała. Trochę się przejęłam. Kto dostał się nocą do mojego domu? W jakim celu? Szybko przeszukałam ostatnie skrytki w poszukiwaniu zaskórniaków, jednak wszystkie były na swoim miejscu. Ktoś posunął się za daleko. Zaczęłam się zastanawiać, kto mnie śledzi, kto jest w każdym miejscu, gdzie ja. No tak, moi sąsiedzi - ale ich należało wykluczyć, bo ostatniego dnia byli tak spici, że sami potrzebowali pomocy i nie mieliby siły odgrywać wolontariuszy dobrej woli. Mój braciszek też raczej nie, bo przecież odjechał, a ma swoje zobowiązania. Nie byłabym dla niego ważniejsza od jego pracy, szefa, powodzenia w karierze. Cokolwiek mówił. Jakimś dziwnym trafem, odległym zapłonem umysłu wydedukowałam, że ktoś, kto teraz umożliwił mi wstanie jest tym samym człowiekiem, który podrzucił mi wczoraj (dzisiaj?) torebkę, abym mogła odetchnąć. Ale kim jest ten ktoś, dzięki komu zasnęłam spokojnie, dzięki, któremu moje postrzeganie świata przestało być tak czarne? Może to ktoś mi znajomy, który postanowił zaopiekować się mną nie zdradzając przy okazji kim jest i, że wie co robię? A może jakiś psychol, który tylko siedzi i przygląda mi się kiedy śpię (sic!)? Wszystkie myśli kotłowały mi się w głowie. Dla polepszenia nastroju połknęłam tabletkę i wypiłam herbatę. Nie była, co prawda cierpka i zimna - taka, jaką zwykłam pić, ale i tak pomogła.
Zrezygnowana podeszłam do lodówki, jednak w środku odnalazłam tylko spleśniały ser i szklankę mleka. Mleko, podobnie jak ser, nie było pierwszej świeżości, więc wyrzuciłam oba produkty. Postanowiłam wybrać się do sklepu i kupić sobie coś na śniadanie, bo przecież nikt tego za mnie nie zrobi (Nawet mój przyboczny sługa - nieznany, chory psychicznie człowiek). Wzięłam wyciągnięte pieniądze i zamknąwszy drzwi ruszyłam do sklepu. Przenikliwy chłód poranka dotykał moje kości do głębi, przenikał przez niezliczone warstwy ubrania sprawiając, że kurczyłam się poszukując ciepła w swoim własnym ciele. Do małej budki wbiegłam szybko sięgając po rogalika, chleb i kilka jogurtów na zapas.
Rozglądałam się, czy nikt mi się nie przygląda, jednak nawet krótkie cienie nie wydawały się mnie śledzić. Wszystko w zupełnym porządku... Nawet zbytnim. Cały świat nagle poukładał się jak kostka Rubika. Nie powinnam ćpać. Wyjście z zamroczenia zajmuje mi coraz więcej czasu. A teraz wszystko będzie wydawało się takie nijakie... Przez jakiś czas. Potem zacznie być ciemne niczym otchłań i znowu trzeba będzie zażyć coś na wszechogarniający smutek... Jestem tak przewidywalna. Jak wielu do domu wracałam spacerując, bo mimo zimna pogoda wydawała się piękna. Rześkie powietrze owiewające twarz i sprawiające, że wszystkie myśli się krystalizują.
- Nana? - słodkie dziewczę podeszło do mnie z niepewnością
- A jakże. Czemu pytasz? - niestety z nikąd nie kojarzyłam tej twarzy.
- Spotkałyśmy się na herbatce u Lettie - wtedy, kiedy się tak źle czułaś. Odwoziłam cię do domu. - kolejna osoba, której jestem coś dłużna. - Chciałam się tylko spytać, co u ciebie, jak się czujesz. Nie miałyśmy się jakoś ostatnio okazji spotkać... - Jej niebieskie oczy wyrażały zatroskanie. Cała jej twarz wyglądała jak wyrzeźbiona z miękkiej gliny. Bóg, ktokolwiek, bardzo się postarał, aby nadać jej wygląd zainteresowania, spokoju, miłosiernej Samarytanki. Lekko odchylone usta i poruszające się miarowo w górę i w dół oczy pokazywały, że naprawdę jest tym zainteresowana. Przewyższałam ją o całą głowę, ale i tak miałam wrażenie, że nade mną góruje. Wydawała się sympatyczna i... nieco starsza ode mnie.
- Aaaa... W porządku. Jakoś się trzymam, ostatnio... - a może to ona jest niezwykłym przybyszem, który ostatnio nawiedza moje mieszkanie. Dziwny zbieg okoliczności, czy naprawdę ma z tym coś wspólnego? Moje szare komórki zaczęły pracować z nieograniczoną prędkością. Wie gdzie mieszkam, jak się nazywam... A może my wcale nie spotkałyśmy się na herbatce u Lettie? - A zresztą, nie ma o czym mówić. Może wpadniesz na herbatę? - Szczęście, że nie zdążyłam ostatnio przebywać zbyt długo w domu, bo byłby tam chlew i nie można by było nikogo zaprosić.
- Byłoby fantastycznie - powiedziała uśmiechając się promiennie niczym dziewczątko z podstawówki.
Szłyśmy do mojego domu wspólnie się zaśmiewając jakbyśmy znały się od zawsze. Dziewczyna odgadywała moje myśli, a ja jej. Było bardzo miło. Zaproponowałam jej, że poczęstują ją moim śniadaniem, posiedzimy i pogadamy sobie, jak to było wtedy u Lettie właściwie. Nie musiałam jej tłumaczyć, w jakim stanie wtedy byłam i dlaczego - jej rozumne, głębokie oczy wyrażały aż nadto świadomość, że wie. Ale w jakiś dziwny sposób nie przejmowałam się tym, a nawet podobało mi się to. Było swobodnie i nie czułam już pętli na szyi zarzuconej przez porannego obserwatora. Do czasu, kiedy dotarłyśmy do drzwi. Zobaczyłam, że są otwarte. Wbiegłam szybko do pokoju, ale ujrzałam tylko szybko przemieszczającą się sylwetkę, która szybko wyszła przez moje okno. Miała trochę wspinania się, ale widocznie była bardzo zdesperowana. Wyjrzałam przez okno, ale ujrzałam już tylko niebieską czuprynę znikająca z pola widzenia z prędkością światła. Na moim stole został czarny kapelusz, ciemne okulary i świeżo zaparzona herbata.
- Mieszkasz z kimś? - Courtney (bo tak się nazywała) zmierzyła wzrokiem mnie, a potem moje mieszkanie.
- Dotychczas sądziłam, że nie. . . Musiałam wyglądać na bardzo zagubioną, bo szybko ucięła temat. Ja natomiast sprzątnęłam kapelusz i okulary do szafki, czując od nich przy okazji woń chłodnej wody kolońskiej. Aby zapomnieć o sprawie zaczęłam przygotowywać herbatę.
- Słodzisz? - zapytałam, choć spodziewałam się odpowiedzi przeczącej.
- Niestety tak, odkąd rzuciłam . . . palenie. - jej twarz pokryła się rumieńcem. Jednak nie chciałam jej się o nic wypytywać, więc szybko odpowiedziałam, że niestety nie mam cukru, ale polecę do sąsiada. I żeby poczuła się jak u siebie w domu.
W sekundę później stałam przed drzwiami Alec'a i pukałam do nich delikatnie. Była już dziesiąta, więc miałam nadzieję, że zaczął powoli odzyskiwać przytomność. Oby miał cukier, bo inaczej. . .
Stałam tak przed jego drzwiami nie zdając sobie sprawi, że dwa piętra niżej mój gość wąchał z płaczem pozostawione przez przybysza atrybuty. Gdybym to zobaczyła, może zaczęłabym się zastanawiać, ale pozostałam w błogiej nieświadomości uderzając miarowo palcami w drzwi z płyty pilśniowej.


do góry

XI

"Poddaję się" pomyślałam i oddaliłam się od drzwi po kilku minutach pukania. "I co ja dam do picia tej biednej dziewczynie?". Byłam zdezorientowana... No cóż. Nie można aż tak bardzo polegać na własnych sąsiadach. To już nie te czasy, co kiedyś... (Jakbym taka stara była). Zrezygnowana zeszłam do swojego mieszkania, gdzie zastałam wszystko w idealnym porządku. Nie miałam talentu Sherlocka Holmesa, ani nawet Hercule Poirot, więc nie zauważyłam, że pozostawione przez porannego niezapowiedzianego gościa atrybuty leżały nie na swoich miejscach. Ujrzałam tylko dziewczynę z zaczerwienionymi oczami wydmuchującą nos.
- Płakałaś? - niechbym nie wypowiedziała tego zdania, może czegoś udałoby mi się dowiedzieć. Jestem jednak zbyt bezpośrednia. - Nie... To tylko pyłki. - powiedziała Courtney i przywdziała uśmiech na swoją twarz. Nie sposób nie wierzyć takiej osobie.
- Niestety nie udało mi się znaleźć nigdzie cukru. Jak wiesz - do sklepu mam pewien kawałek, ale mogę pójść, jeśli tylko chcesz - rzuciłam z uśmiechem.
- Nie ma potrzeby. Poradzę sobie bez cukru. - wydawało się, że promieniuje z niej światłość. Była jakby aniołem. Wszystko co mówiła karmiło mnie, mogłoby karmić i tłumy. Miała w sobie jakąś siłę przekonywania, że to, co mówi to właśnie to. Była pewnie zwyczajnie osobą, która nie znała kłamstwa. A jeśli je znała to tylko w ucieczce od większego.
Zaparzyłam herbatę w dobrym nastroju, zapominając o wszystkich dzisiejszych problemach i niedopowiedzeniach. Uśmiechałam się i rozmawiałam bez zahamowań.
Niestety, to co dobre szybko się kończy, więc Courtney wyszła po trzech herbatach, a ja pozostałam sama w mojej samotni i domu zamknięcia. Szkoda, że nie mogłam popadać w śpiączkę, bo po prostu przesypiałabym czas, w którym nic nie muszę robić. Życie byłoby wtedy ciekawsze, bo składałoby się z samych ciekawych chwil. Nienawidzę monotonii. Repetycja mnie zniechęca.

Skrzyp drzwi - Kto tam? - Brak odpowiedzi. - Halo, jest ktoś tam? - dochodzę do korytarza i odkrywam, że drzwi są otwarte. - Kto tu wszedł? To wcale nie jest śmieszne! Halo? Co się dzieję?
Znów w pułapce własnego domu. Znów ktoś mi wlazł, nie mam zbyt dużego metrażu, a jednak nie mogłam tego kogoś znaleźć. Przeszukałam wszystkie szafy, łazienkę i nic. Zupełnie nic. Pewnie przyszedł po zgubę. Przejrzałam całą kuchnię, od szafki do szafki. Zajrzałam nawet do muesli (na którym, przy okazji znalazłam pleśń, więc je wyrzuciłam - w koszu tez nic nie było) ale nikogo tam nie znalazłam - ciekawe dlaczego. Weszłam do pokoju i usiadłam przy stole wracając do rozpoczętego czytania i stygnącej herbaty. Coś mnie jednak zdziwiło - zniknął kapelusz. Okulary pozostały, ale kapelusz gościa, który myślał, że może się kręcić po moim domu - zniknął. Zakładając, że jutro idę na badania postaram się choć trochę skontaktować z tym psycholem. Napiszę mu wiadomość. Zobaczymy, czy jakoś zareaguje. Choć z innego punktu widzenia byłoby lepiej, żeby już nie przychodził, bo czy ktokolwiek wie, co może takiemu człowiekowi nagle odwalić? Może lepiej, jeśli nie zechcę się przekonać, zawsze korzystniej być żywym z niezaspokojoną ciekawością, niź wszystkowiedzącym martwym. Przynajmniej moja babcia cały czas tak mówi. A wie co robi, bo większość jej rodzeństwa zeszła już z tego świata. Sama uważa, że czeka już na nią kostucha z kosą w ręku i, ze co noc śni jej się drugi brzeg rzeki, do którego jest jej coraz bliżej. Ostrzega, że niedługo zejdzie z tego świata. Ja zresztą też. Ale o tym cicho sza. I pogrążyłam się w czytaniu.
Jak zwykle brzęk telefonu wyrwał mnie z otępienia cichego wieczora. Chyba kiedyś go usunę... Ale nie będę się rozwodzić nad przyszłością mojego aparatu telefonicznego. Powiem z grubiej rury - dzwoniła Lettie.
- Nano, jak śmiesz się ze mną tyle nie kontaktować? Niedługo wracasz na studia, a tu co, nic od ciebie. Nie wiem nawet czy jesteś w domu, czy ciebie nie ma. - Lettie ruszyła jak z karabinu maszynowego, co niezwykle mnie rozkojarzyło - podniosłam słuchawkę i jakby uderzyła mnie w ucho szafa grająca. Wśród ciszy mojego mieszkania nagle włączył się jej największy wróg. - Jak śmiesz. Myślałam, że znowu coś ci się dzieje, wiesz dobrze, że w two...
- Cicho Lettie, wiem. Nie musisz mi nic mówić, wszystko rozumiem. - Starałam się mówić z jak największym spokojem w głosie. Kiedy ona wreszcie zrozumie, że znam swoją sytuację? Po cholerę jej mówiłam. - Dziewczyno, ja rozumiem, ale jak na razie żyję i nie musisz się przejmować. Jeszcze trochę pożyję, umiem to rozpoznać. Nic się nie dzieje.
- O rany, Nana - głos z drugiej strony słuchawki zaczął się załamywać. - Ale mogłaś dać mi choćby jakiś znak. Powiedzieć: Jestem żywa, nie przejmuj się. Nagrać się na automatyczną sekretarkę!
- Nie przejmuj się Let, przecież i tak byś żyła dalej. - zaczęłam powoli.
- Co? Ty śmiesz uważać, że ja jestem gruboskórna i olałabym to, że ty gdzieś na ulicy umierasz? O nie! Rozłączę się, jeśli jeszcze raz... - Nie o to chodziło, Let. chodziło mi o to, że nic się nie zmieni. Świat będzie się nadal kręcił, gwiazdy nadal świeciły, wciąż będziesz mogła oddychać i tym podobne. - stałam przy telefonie i tłumaczyłam Lettie ze spokojem, że wcale nie jest wielbłądem.
- Skoro tak uważasz! Ale pamiętaj, że lepiej zawsze jakoś się ze mną skontaktować, a nie ... Wiesz ... Wiesz, że myślałam, że coś się tobie stało. Miałam takie przeczucie. - Lettie zbliżała się do końca rozmowy. - No, w każdym bądź razie, pamiętaj i... do usłyszenia, cześć.
- Pa pa, pa- nigdy nie byłam dobra w kończeniu rozmów telefonicznych.
- No to cześć. - i odgłos odkładanej słuchawki.
I cisza. Tylko odgłos stukania mojej stopy o podłogę. I czy to jest zadowalające? Cisza. Nic więcej. Może powinnam wziąć kogoś na współlokatora, bo rzeczywiście umrę w ciszy i nikt mnie nie znajdzie. Później będzie przechodził ktoś z lokatorów kamienicy i odkryją wielki smród w moim mieszkaniu. Potem zawołają policję, bo nie będę chciała im otworzyć i nagle 'siurpryza!'. Zobaczą mojego trupa rozkładającego się od kilku dni na moim łóżku i wtedy co? Posprzątają mnie i dadzą mieszkanie komuś innemu. Byle tylko płacił czynsz w terminie. Dawno tak nie myślałam o śmierci. To dopiero drugi raz... Pierwszy był... Kiedy się dowiedziałam.


do góry

XII

Obudziłam się zlana potem, czułam sie jak w gorączce. Na początku przestraszyłam się, że to choroba, jednak, kiedy trochę posiedziałam na łóżku wszystko przesżło. Więc jednak koszmar. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie poczułam wtedy ulgi. Koszmary nie mają w końcu odbicia na wymęczonym przez nałóg i chorobę ciele, w przeciwieństwie do wirusów... Szybko ubrałam się ciepło, opatuliłam szczelnie rozgrzane snem ciało. Czułam jednak większe zmęczenie niż wtedy, kiedy kładłam się spać.
Kiedy dotarłam wreszcie do szpitala mój umysł był już zupełnie trzeźwy. Chłodne powietrze wpłynęło pobudzająco na mój układ krwionośny, więc krew dopompowana do mózgu była już w pełnym obiegu i wszystkie wykonywane akcje mogły wywoływać reakcje.
- Witaj ćpunie! - rzucił do mnie przechodzący pielęgniarz. Znałam go. Zawsze zajmował się mną, kiedy akurat trafiałam do szpitala ze względu na zażycie zbyt dużej dawki jakiegoś "środka znieczulającego". Z tego powodu miał prawo nazywać mnie ćpunem, bo bez wątpienia nim byłam, nie mam co do tego jakichś złych przemyśleń. Po prostu jestem i to jak na razie nie jest dla mnie problemem.
- Witaj mężczyzno w zielonym! - odpowiedziałam mu. On tylko uśmiechnął się do mnie i stuknął palcem w tarcze swojego zegarka na rękę. No tak, ktoś tu pracuje - i nie jestem to ja. Pomachałam mu na pożegnanie i ruszyłam w stronę gabinetu doktora, który mnie prowadził.
Jak zwykle przed gabinetem rozciągała się kolejka. Jakby wszyscy ludzie nagle w porze mojej wizyty zachorowali. Te dzieci machające nóżkami z krzesełek przed wejściem uśmiechające się do mnie, mimo tego że ich matki patrzyły na mnie sceptycznie i szeptały między sobą rzucając mi co rusz karcące spojrzenia. Ja tylko spoglądałam na nie z godnością i cieszyłam się, że nie jestem taka jak one. Są niby przykładne, przyjazne, kochające - a jednak drzemie w nich jakaś niepohamowana żądza zmieszania ludzi z błotem, jakaś zazdrość, która kieruje do nienawiści. Wiem, że nadinterpretuję niektóre ich zachowania, większość z nich jest jednakże na tyle jasne, że nie da się nawet inaczej ich zrozumieć. Zaczynają powoli wkraczać na drogę przyszłych zawistnych dewotek. Nikt im tego nie może zabronić, ale ja uważam, że im mniej takich osóbek tym lepiej - chociaż z drugiej strony o ile śmiechu byłoby wtedy mniej!
- Czemu się tak patrzysz? - spytała mnie jedna z matek przyciągając do siebie swoje śliczne dziecko o delikatnych rysach (jakby myślała, że chciałam coś temu chłopcu zrobić). - Chodź Tony, lepiej już pójdziemy - dodała zwracając się do dzieciaka. - Zakładaj szaliczek, idziemy do innego doktora!
Nie zwracała uwagi na to, że dzieciak najwyraźniej nie chciał iść gdzie indziej i mamrotał coś pod nosem zaczęła go ubierać szybko, wręcz brutalnie, a ja tylko patrzyłam na sytuację z rozbawieniem. Inne matki także patrzyły się na tamtą jak na głupią, no ale tak już bywa w takim gronie. Rozpoczęły się szepty, dzieci krzyczały i w pewnym momencie gabinet się otworzył. Wszystko zamilkło i matki z dziećmi czekały na ich kolej, wpatrywały się w lekarza wzrokiem "wybierz mnie, mnie wybierz". Potrząsały przed sobą swoimi dziećmi albo zmuszały je do patrzenia błagalnym głosem. Wtem wyrwała się kobieta w niebieskim płaszczu, która chyba przez cały ranek zajmowała się skręcaniem swoich włosów.
- Ja tu pierwsza przyszłam, moja kolej! - krzyknęła i utorowała sobie drogę swoją torebką, a speszone matki odsuwały swoje dzieci z zasięgu jej wzroku.
- Mmyyy - mruknął lekarz i pokiwał przecząco głową. - Panie wybaczą, ale mam teraz umówioną wizytę. Willberg, Nana przybyła? - rozejrzał się po korytarzu i wypatrzył mnie kątem oka. - To świetnie. Zapraszam.
Ruszyłam w stronę drzwi wśród syków i narzekań: ależ przecież ona dopiero przyszła, powinna czekać na swoją kolej i tym podobnych. nie zważając na dezaprobatę zamknęłam za sobą drzwi. Zdążyłam już tylko usłyszeć jak kobieta w niebieskim płaszczu stwierdziła, że ćpuny to zawsze mają lepiej od ludzi moralnych i kulturalnych.
- Uwielbiam to. - rzucił do mnie lekarz spoglądając na drzwi. - Te wszystkie kobiety, dzieci, narzekania, niezadowolenie... - uśmiechnął się na jedną stronę - To daje chęć do życia, cha cha cha. Siadaj - spoważniał i wskazał mi na siedzenie, które było zwyczajnym szpitalnym łóżkiem.
-Tak jest, panie doktorze! - odegrałam wojskowego kota i usiadłam grzecznie na leżaku.
- Wiesz dobrze, że możesz mówić mi Dave. - powiedział spoglądając na mnie znad okularów. - A teraz powiedz mi. Stosowałaś się do zaleceń? Otaksował mnie wzrokiem. Udając, że nic nie rozumiem zrobiłam zaskoczoną minę i zapytałam:
- Do jakich zaleceń?
- Wiesz dobrze... - pokręciłam głową udając głupiego - Jeśli chcesz się tak bawić. Nie brałaś już?- nic nie odpowiedziałam, ale Dave sam znał odpowiedź. - Przejdźmy dalej. Uważałaś na swój stan zdrowia?
- Co przez to rozumiesz? - z uśmiechem mrugnęłam do niego. - Nie włóczenie się nocami po mieście, spanie w przepisowych porach, nie nadużywanie alkoholu, nikotyny, narkotyków. Nie nocowanie na balkonach, nie przemęczanie się... - pokręciłam głową. - Rozumiem. nic do ciebie nie dociera? Ja tu ci tłumaczyłem już tyle razy, jak masz się ze sobą obchodzić, a ty co? Jak grochem o ścianę. chciałoby się, żebyś była tym grochem, ale niestety - jesteś ścianą - zdmuchnął grzywkę z czoła - Nano, czy mam ci to wszystko tłumaczyć jeszcze raz? Dobrze. Więc zacznę.
I przez kolejne pół godziny wykładał swoja łopatologię stosowaną, jakby myślał, że naprawdę jakoś do mnie dotrze. Gadał i gadał, gestykulując przy tym tak wyraźnie, że prawie nie włożył mi swoich palców w oko. Był dość wkurzony, a nawet bardzo wkurzony - no cóż, jeśli jego pacjent umrze, to przecież nie powinni go winić, prawda? Szczególnie, jeśli zrobi to na własne życzenie, cha cha. Gadał, gadał, gadał, potem, jak mu się już znudziło zbadał mnie wreszcie (po to tu przyszłam, w końcu). Okazało się ,ze nie jest tak źle i, że na razie się nadaję do życia. Sprowadziło to ulgę na twarz dotychczas spiętego Dave'a.
- I widzisz, co było gadać? Nie jest źle, to grunt. - powiedziałam z uśmiechem - To oznacza, że mój styl życia, nie wpływa na moje zdrowie tak źle.
-Uh... - mina mu zrzedła. - No dobra, idź już. - wstałam, i ruszyłam w stronę wyjścia. - Ale, Nana - ton jego głosu nakazał mi odwrócenie się - uważaj na siebie. - szczerze mówiąc, zabrzmiało to nieco jak ostrzeżenie. Spojrzałam tylko przez ramię i wyszłam. Za mną wyszedł Dave i znów zaczęło się przepychanie do drzwi i machanie dzieciakami. Rozpoczął się chaos, ale już nie chciałam na niego patrzeć. Wyszłam ze szpitala, a ku mojemu zdumieniu zobaczyłam przed sobą sąsiadów. Usiłowałam machać i wołać Aleca, ale przez długi czas moje próby spełzały na niczym.


do góry

XIII

Wysiłki moje zostały wiec zaniechane, a do domu wracałam w grobowym nastroju pomrukując sobie piosenki dla ożywienia nastroju.
- Anorexic beauty,| feather-weight perfection,| anorexic beauty,| underweight| goddess. - mruczałam pod nosem kopiąc kamyk po nierównym chodniku. - Sitting alone on| a cold| bar stool, your| so hard to tell apart,| she hasn't spoken yet. - ludzie spoglądali na mnie z ukosa nie robiłam sobie jednak z tego problemu. Niech patrzą, po to przecież mają oczy. Śpiew kontynuowałam coraz głośniej i kiedy dotarłam do ostatniego refrenu wręcz krzyczałam. Nie miałam może zbyt wielkiej skali, ale potrafiłam jakoś trzymać się linii melodycznej, więc nie miałam, czego się wstydzić. Tak przynajmniej sądziłam.
- Zamknij ryja, stara krowo! - rzucił przechodzący obok mnie chłopak przerywając migdalenie się z dziewczyną. Fakt, wyglądałam jak anorektyczka, ale nie powinien tego tak brać do serca... Z tym na myśli uśmiechnęłam się do niego szatańsko, a on spojrzał na mnie tak, że gdyby wzrok mógł zabijać leżałabym już wzdłuż chodnika w agonii. Nie przejmowałam się tym jednak i dalej śpiewałam. Wielu ludzi przechodziło i udawało, że nic nie widzi. Znacie to uczucie? Kiedy ktoś patrzy na was, udając, że go to nie interesuje, że się na was nie patrzy?
- Nie martw się, nie było tak źle. - spojrzałam przez ramię i ujrzałam Courtney. - Było tylko... Głośno. - kontynuowała i uśmiechnęła się do mnie jednym z jej najsłodszych uśmiechów. Takim, któremu zapewne nikt by się nie oparł. Odwzajemniłam uśmiech.
- Ostatnio często się spotykamy. Jak się dzisiaj czujesz? Pyłki już nie doskwierają?
Przez kilka chwil nie odpowiadała. Potem uśmiechnęła się kącikiem ust i zaprzeczyła krótko. Muszę przyznać, że ta sytuacja wydała mi się dość dziwna, nie skomentowałam jej jednak. Spojrzałam tylko na nią porozumiewawczo, a ona udała, że tego nie widzi.
"Jak chcesz." pomyślałam "Nie myśl tylko, że aby będę tobie teraz wierzyć..."
- Co robisz w tej okolicy? - rzuciłam dla podtrzymania rozmowy zajmując sobie myśli powrotem do domu.
- Aaaaa... Wyszłam akurat na spacer. Nie podejrzewałam, że jest dzisiaj tak chłodno.
Potem szłyśmy nic nie mówiąc, a ja słyszałam tylko stukot jej butów na wysokich obcasach o kostkę brukową. Tylko stuk, stuk. Stuk, stuk. Przyjrzałam się jej. Rzeczywiście, była zaskoczona dzisiejszym chłodem. Oplotła ręce wokół piersi, bo miała na sobie tylko spódnicę w kwiaty, która sięgała jej ledwie do kolan i żółtą jeansową kurtkę. Co chwila także pocierała dłońmi. Kiedy na nią patrzyłam, robiło mi się zimno, więc zdjęłam moją kurtkę i podałam ją Courtney. Ona spojrzała na mnie z troską.
- Nie mogę tego przyjąć. Bez kurtki będzie ci zimno - powiedziała i poprawiła mój szalik. Ja jednak nie ustępowałam i koniec końców udało mi się namówić ją do założenia kurtki. Miałam przecież silny charakter, a Courtney to zrozumiała. Chociaż później spojrzała na mnie tak, jakbym była upartym dzieckiem, które wrzeszczy przed witryną sklepową "mamo kup mi to, bo tak chcę". A ja nic nie zrobiłam. Nie dało się długo gniewać na tę dziewczynę. Była taka delikatna... W swojej delikatności także odrobinę głupiutka, ale myślę, że to tylko złudzenie. Mogła być trochę zdziecinniała i mieć marzenia małych dziewczynek, ale w gruncie rzeczy była przecież dorosłą kobietą.
- O czym myślisz? - jak na moje zawołanie zadała pytanie wprost z dziewczęcych złotych myśli. Spojrzałam na nią z rozbawieniem.
- O tobie. - odpowiedziałam prosto z mostu. Trochę się zmieszała, a jej policzki zrobiły się szkarłatne. Zachichotała cicho i zapytała mnie czemu ją tak oszukuję. Usiłowałam wytłumaczyć jej, że mówię prawdę, ale nie uwierzyła. Z uśmiechem przyznaję teraz, że traktowała mnie wtedy jak podrywającego ją chłopaka. Fakt, może trochę ją podrywałam, ale nigdy tanimi zagrywkami. Zawsze starałam się wzbić na wyżyny. - Zastanawiałam się, jaka ty właściwie jesteś. Wiesz, nie znamy się zbyt dobrze, a ja chciałabym wiedzieć o tobie trochę więcej.
- Wiesz... Byłam kiedyś z chłopakiem na jednym z twoich wykładów. Bardzo nam się podobało, więc chcieliśmy ciebie poznać. Akurat tak się złożyło, że z Lettie chodziłam do liceum. Kiedy ją zobaczyliśmy na wykładzie, a potem, jak się z nią witasz, zdecydowałam się odnowić znajomość. Wiem... Wykorzystałam ją - pochyliła głowę w geście zawstydzenia. - Dlatego on mnie rzucił... Nie mógł znieść tego, że jestem taka... Z jednej strony niby taka milutka, a tak naprawdę - otarła oczy, zaczęły z nich wypływać łzy - jestem zwyczajną lajdrą, która wykorzystuje innych, na dodatek tak, że oni myślą, że sprawiam im przyjemnoooość. - w tym momencie zaczęła zanosić się płaczem.
Złapałam ją za przeguby, spojrzałam w oczy i powiedziałam: Nikt nie ma prawa ci mówić takich rzeczy. - musiała być pod mocnym wpływem tamtego faceta. - Rozumiesz - jesteś autonomiczną jednostką. Osądy o sobie wydajesz tylko ty. - podniosła głowę i odwzajemniła spojrzenie. Czułam się wtedy dowartościowana. Jednak wiedziałam już, że jest podatna na sugestie. Bałam się powiedzieć za dużo, bo zaczęłaby postępować tak, jak ja. - Zrozum, drogę swojego życia wybierasz tylko ty. Nie możesz także bezgranicznie polegać na moim zdaniu. - pokiwała głową podzwaniając kolczykami. Chociaż przy pierwszym spotkaniu wydawała się pewna siebie okazała się zagubiona jak dziecko we mgle. - No już, nie płacz. - przytuliłam ją.
- Dzięki. - chlipnęła. - Postaram się... - i uśmiechnęła się do mnie, a w tym uśmiechu przeminęły wszystkie smutki.
Zastanawiałam się moment, jak kontynuować rozmowę, co powiedzieć, żeby dodać jej pewności siebie, a jednocześnie nie wycisnąć na jej delikatnej psychice piętna mojego zdania. Szłam przyglądając się kamienicom i powiedziałam wreszcie: Poza tym, ty się nie poddałaś. Twój chłopak nie był w stanie nic zrobić, a ty dajesz radę. Powinnaś być z siebie dumna.
- Nie, nie rozumiesz. - spojrzała na mnie i pokręciła głową - On jest zbyt...
- A tak w ogóle, to głupia sprawa, poszło wam o mnie? O poznanie mnie? - zapytałam obserwując Courtney. Przez moment na jej twarzy pojawił się niezrozumiały dla mnie grymas. Nie zdążyłam go także dobrze zinterpretować, dlatego że szybko zmienił się w delikatny przyjacielski uśmiech. Dziewczyna złapała mnie za rękę.
- Wiesz... Teraz myślę, że on się w tobie zakochał - w tym miejscu zadrżał jej głos - i po prostu szukał pretekstu, żeby ze mną zerwać. Nie chodziło nawet o moje zachowanie tylko o to, że ty jesteś piękniejsza, ostrzejsza i masz własne zdanie. Zawsze pasjonowały go takie dziewczęta. Nawet wtedy, kiedy byliśmy jeszcze tylko przyjaciółmi...


do góry

XIV

Zaczęło się, kiedy miałam cztery lata. Był nowym sąsiadem, więc pewnego dnia, kiedy przechodził obok zaczepiłam go jadąc na hulajnodze. Zapytałam go "kim jesteś chłopczyku?". Pamiętam dokładnie, dlatego że mnie wtedy wyśmiał. Do dziś nie mogę zapomnieć jego małej postury chichoczącej na drodze spokojnego osiedla. Domy były wtedy dla mnie tak duże i kolorowe, a on wydawał mi się z innego niż ten świata. Pamiętam, jak pewnie szedł. W życiu nie uwierzyłabym, że miał sześć lat. A potem spojrzał na mnie, powiedział, że nazywa się Jason Raven i jest nowy w tej okolicy. Ja z brakiem pewności w całej mojej kilkuletniej istocie zachwycona nim wyznałam drżącym głosem, że jestem Courtney Taylor i mieszkam w pobliżu. To pierwszy taki moment, który zapamiętałam w życiu. I chociaż zamazują się wspomnienia i nie pamiętam już, ile domów od mojego byliśmy (a pamiętałam to świetnie przez młode lata), to każdy szczegół jego twarzy pamiętam doskonale. Wiem, jak się zmienił od naszego pierwszego spotkania, bo obraz sześcioletniego Jasona przechowuje w pamięci jak zdjęcie, czy najdroższy skarb.
Potem, chodziliśmy do tej samej szkoły. On mnie odprowadzał, a ja jako dziecko młodsze od niego zawsze byłam doprowadzana pod klasę ze słowami "bądź grzeczna, to dostaniesz cukierka". Ja zawsze uśmiechałam się, ku jego niezadowoleniu dawałam mu buziaka i uciekałam do klasy. Zawsze wydawało mi się, że traktuję go jak starszego brata.
W podstawówce razem chodziliśmy na wagary. On palił papierosy i grał mi na gitarze swoje nowe piosenki, a ja, zauroczona, słuchałam. Słuchałam, a potem w domu, w łazience, zamknięta tak, aby nikt nie słyszał śpiewałam sama. Któregoś dnia (już w szkole średniej), gdy siedzieliśmy za szkołą odważyłam się zaśpiewać mu jedną z jego piosenek. Długo nie mógł niczego powiedzieć. Patrzył się w jakiś nieokreślony punkt, a ja całą swoją trzynastoletnią istotą zastanawiałam się, jaki jest werdykt. A on tylko spojrzał na mnie z uznaniem i od tej pory zaczął pisać piosenki na wyższy głos. A ja mu śpiewałam. Poszłam nawet na zajęcia ze śpiewu, żeby tylko dawać sobie radę coraz lepiej. Chyba się cieszył, bo im lepiej śpiewałam, tym lepiej brzmiały jego piosenki. Pamiętam, że na jednej "jam session" w moim domu nie wytrzymał i pocałował mnie. Wiedziałam, że to jest właśnie to, czego od niego oczekuję, mimo wszystko zrobiłam się cała czerwona, a on mnie wtedy przeprosił. Chciałam krzyczeć "nie! To jest właśnie to", ale nie wypadało. Wpatrywałam się w jego brązowe oczy przykryte czarną grzywką, ale one nie zdradzały nic. A kiedy wychodziłam spotkałam wysoką, piękną dziewczynę - jego rówieśniczkę, która mrugnęła do niego i poszli razem do jego pokoju. Pamiętam, że był to najgorszy rok w moim życiu. Cały przepłakałam i opuściłam się w nauce. Było nawet gorzej niż wtedy, kiedy dwa lata chodziłam do innej szkoły niż on. Udawałam jednak, że wszystko jest w porządku i nadal razem z nim chodziłam do szkoły, na wagary i mu śpiewałam. Matka zagroziła, ze jeśli się jeszcze opuszczę w nauce, to wypisze mnie z lekcji śpiewania i nie będę już mogła uczestniczyć w "spędach" w domu tego "sąsiadzika, który nie ma ani krzty moralności" - a i tak ograniczyła mi pobyt u Jasona na dwie godziny. Bała się, bo do niego codziennie przychodziły inne dziewczyny. Tylko jedna - ta, która wtedy spotkałam, była "stała". Zapewne sama miała swojego chłopaka, a spotykali się na czysty seks, ale dla mnie nie było to zrozumiałe. Strasznie jej zazdrościłam, a jednocześnie ceniłam ją. Była taka piękna. No i ujarzmiła Jasona - najgorszego anarchistę i buntownika w całej szkole. Był utrapieniem wszystkich nauczycieli i sprawcą mojego nieuctwa.
Mając czternaście lat znalazłam sobie chłopaka i zaczęłam z nim chadzać do szkoły i na wagary. W sercu pragnęłam, żeby Jason to zauważył, żeby zazdrościł, a rozum mówił, że on zajmuje się teraz innymi dziewczętami. Byłam przygnębiona. Wtedy nasze drogi się rozeszły. Śpiewałam jeszcze trochę na różnorakich konkursach, a potem przestałam. Nie miałam odwagi. Nie byłam pewna siebie, gdyż dotychczas mój głos brzmiał zawsze do wtóru jego gitary. Teraz nie miałam już jego. Nie miałam już mojego filaru i nie mogłam już śpiewać. Nie tak dobrze jak wcześniej. Wszyscy nauczyciele dziwili się, że mój głos zamiast się rozwijać z wiekiem coraz bardziej słabnie. Mimo ćwiczeń nie dawałam już rady trudniejszym piosenkom, więc przestałam śpiewać. Wtedy straciłam dwie miłości mojego życia. Ale więcej nie płakałam. Zbyt dużo łez wylałam wcześniej.
Jason wyprowadził się od rodziców mając osiemnaście lat. Od wtedy zaprzestałam go widywać kompletnie i poświęciłam się swojej nauce. Zaczęło mi najbardziej zależeć na jak najlepszym zdaniu moich egzaminów. Dochodziły do mnie tylko wieści, że założył jakiś undergroundowy zespół i, że całkiem nieźle im się powodzi. Nie byłam zdziwiona, bo on naprawdę miał talent. A ja miałam talent tylko w duecie z nim.
Poszłam na studia i przez trzy lata już nic zupełnie o nim nie wiedziałam. Kiedy tutaj wróciłam pewnego dnia zwyczajnie wpadliśmy na siebie na ulicy. On bardzo mnie przeprosił i wytłumaczył się, że spieszy się na próbę, a ja zapytałam go, czy mogę pójść z nim. Podniósł wtedy głowę i nagle zrozumiał, do kogo należy ten głos i dlaczego odważyłam się na taką poufałość. "Z tobą, zawsze" powiedział i ruszyliśmy trzymając się pod ramię. Wyznał mi, że martwił się o mnie przez te wszystkie lata, ale jakoś z początku nie bardzo mu wierzyłam. Dopiero, kiedy chwyciłam mikrofon wszystko wróciło. Głos, siła i... miłość. Dlatego do jego domu poszliśmy już razem i ... do rana z niego nie wyszłam. Kiedy wróciłam do domu rodziców zaczęły się schody. Oni wciąż narzekali i czepiali się tego, że ja spędziłam noc u jakiegoś mężczyzny. A ja w głowie miałam tylko jego oczy i zasłuchany wyraz twarzy. Rzuciłam rodzicom w twarz, ze się wyprowadzam, spakowałam się i stanęłam przed jego drzwiami z walizką. Otworzył drzwi i tak się zdziwił, że aż nim wstrząsnęło. Całkowicie zakochana - oznajmiłam mu, że wprowadzam się do niego, ale on zaczął się gęsto tłumaczyć, więc zapytałam, czy mogę zostać, choć na kilka dni. Zgodził się w końcu, a potem wykonał kilka telefonów i wrócił. Przez te kilka dni bardzo się do siebie zbliżyliśmy i myślę, że mogliśmy uznać siebie oficjalnie za chłopaka i dziewczynę. Sielanka trwała pół roku. Wtedy zjawiliśmy się na twoim wykładzie. Mieliśmy iść dla przyjemności. Żeby się trochę pośmiać. Twoje zdanie bardzo nam się podobało, więc uznaliśmy za punkt honoru cię poznać. Resztę... już znasz.

Siedziałyśmy i piłyśmy herbatę w moim domu, a ja już nie wiedziałam ile z jej opowieści to jest tak naprawdę jej zdanie. Tej dziewczyny w sukience w kwiatki, a ile włożyła jej w głowę szkoła, rodzina no i... ten chłopak. Ona opowiadała ich historię, a ja wreszcie więcej o niej wiedziałam. Biedaczka była przekonana, że opowieść tej miłości, to motyw przewodni jej życia.


do góry


XV

Spojrzała na mnie z tym jej smutkiem w oczach i wiedziałam, że było jej żal. Uśmiechnęłam się do niej półgębkiem i poszłam do kuchni, skąd wyciągnęłam jakieś herbatniki.
- Nie mam nawet czekolady na poprawienie nastroju. Mam tylko to. - podałam jej ciasteczka, a ona pokiwała tylko głową i stwierdziła, że się odchudza. Nie mogłam w to uwierzyć, bo była przecież niezwykle szczupłą osobą, (ale są tacy, którzy są wiecznie na diecie). Z myślą o tym niezwykłym szczęściu, że nie jestem jedną z nich zaczęłam chrupać ciastka jedno po drugim. Zapadła cisza. Było słychać tylko moje zęby miażdżące wypieki nieznanego pochodzenia. Przyglądałam się Courtney, która w zamyśleniu obgryzała brzeg kubka. Nerwowo liczyłam gwiazdki na jej paznokciach.
- Co mam ci powiedzieć po takim wyznaniu? - odważyłam się pozwolić moim myślom ujrzeć światło dzienne. Nie byłam pewna, czy zrobiłam dobrze, ale postawiłam sobie za punkt honoru przerwać tę paskudną ciszę. Spojrzała na mnie przelotnie. - Nie wiem czy poradzę sobie z ciężarem takich wspomnień. Nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do powierzania mi takich tajemnic. - z sekundy na sekundę stawała się coraz smutniejsza, a ja wiedziałam, że to przez to, co powiedziałam. Jeśli ktoś za ostatnie pieniądze kupił rzecz, która wydawała mu się przydatna nie można pozbawiać go tej myśli. Mało jeszcze wtedy wiedziałam o ludziach mimo dwudziestki na karku. - No już nie płacz, będzie dobrze. Jakoś sobie poradzimy. - nie wiedziałam już, jak wybrnąć z sytuacji.
- Myślałam, że będziesz najodpowiedniejszą... - pociągnęła nosem - osobą, osobą, - znów pociągnięcie nosem- której można, trzeba to powiedzieć. W końcu ciebie dotyczyła ta - podałam jej chusteczkę higieniczną - sprawa. Wiesz... Chciałabym cię ostrzec, bo... On jest nieprzewidywalnym człowiekiem. A jedynym celem jego jest - otarła łzy - zaliczyć jak największą ilość dziewczyn. wszystkie, które ma na liście. Teraz najbardziej naglącą pozycją jesteś ty...
- Zaraz, przed chwilą mówiłaś coś innego. - Zastanowiłam się. - Miałam być tylko wymówką, żeby z tobą zerwać. Wypowiadałaś się o nim z taką czułością. A co teraz? Wszystko się nagle odmieniło?
Nie wiedziałam już, w co mam wierzyć. Z jednej strony opowiedziała mi swoją wzruszającą historię, podczas której o miłości do tego faceta mówiła jak o swoim sanktuarium, a teraz zaczęła o nim mówić jak o zupełnie innej osobie. Nie było wątpliwości, że coś tutaj jest nie tak. Tylko które jej słowa były tymi prawdziwymi? Wątpię, żeby zmyśliła taką długą historię, ale niczego nie mogłam być pewna.
- Chodzi o to, że ja go przyjmuję takiego jakim on jest. Czasami bywa wybuchowy... Ogólnie patrząc na niego obiektywnie jest... - pochyliła głowę - nie wart zainteresowania - widziałam łzy zbierające się pod jej powiekami. Krople powoli wysuwały się spod zaciśniętych mocno powiek. Z zaciśniętego gardła powoli i ze świstem wydobywało się powietrze. Chciała być twardą, nie rozpłakać się. Schwyciłam ją delikatnie za ramiona.
- Nie ma powodu, żeby płakać. - założyłam jej kosmyk spadając na twarz za ucho. Musi zrozumieć, że miłość jest ślepa, głucha i... Cierpliwa - przesłałam jej ciepły uśmiech. - Nie można jej nigdy idealizować, bo nie jest czysta jak kropla wody ze źródła głębinowego. Ani destylowana. Pewnego dnia łapię cię za kostkę u nogi i przewraca z całą siłą na chodnik tak, że masz zdartą nogę, czoło i serce. Nie obchodzi jej, czy jesteś gotowy, czy nie. - spojrzałam jej prosto w oczy. - No, ale nie będę ci już wykładać. Uśmiechnij się choć trochę. Masz takie piękne zęby - roześmiała się przez łzy swoim perlistym śmiechem. - Trzymaj się jakoś. Należy liczyć tylko na siebie. Nawet mi nie można ufać.
- Nawet tobie? - wyraźnie się zasmuciła.
- Bardzo chciałabym powiedzieć, że można mi ufać, ale nie mogę. Wybacz mi. - przygryzłam wargę. - Każdy dąży tylko do swojego spełnienia, kochana. Pozostały w nas dawne zwierzęce popędy. Przykro mi to mówić, ale taka jest prawda. - wzruszyłam ramionami. - Chociaż życie dla mnie jest zabawą, jednak zawsze może mi się odmienić. Rozumiesz? No już uśmiechnij się.
Usiadłam przy stole, oparłam się na łokciu i patrzyłam w okno. Courtney stwierdziła, że musi już iść, uśmiechnęła się, zabrała torbę i wyszła. Zastanawiałam się, czy nie jej nie skrzywdziłam. Znaczy... na pewno ją skrzywdziłam. Nikt nie lubi, gdy przekonuje się go, ze jego idealistyczne poglądy były mylne i tak naprawdę, rzadko kto dąży do naprawy świata. A sam świat gna ku zagładzie. Nie ma co opiewać bohaterów, należy gnębić złe charaktery, bo tych jest więcej. Chmurnym wzrokiem wyjrzałam za oknem, gdzie Courtney szła przyspieszonym krokiem w stronę przystanku autobusowego. Założę się, że ze ściśniętymi zębami powstrzymywała łzy płynące nie ubłaganym strumieniem. Dużo dzisiaj miała do wypłakania, ale może wszystko sobie ułoży?
Położyłam głowę na stole i rozmyślałam przez resztę dnia nie ruszając się ani o cal. Źle czułam się z tym, co powiedziałam dziewczynie o tak łagodnej psychice. Sama byłam taka twarda, a przecież i mnie doświadczenia o świecie przyniosły wiele płaczu i odrętwienia. Zachowałam się, jakbym o tym o tym zapomniała. zachowałam się, jak nieczuły rodzic, który za wszelką cenę chce wmusić swoje racje dziecku. Skryłam twarz w dłoniach i wypłakałam wszystkie swoje frustracje.

do góry

XVI
- A więc wiesz. - obudził mnie męski głos.
Podniosłam głowę i ujrzałam stojącego nade mną chłopaka ze zmierzwionymi długimi włosami.
- Ale co wiem? - spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Zaspanymi oczami oglądałam rozmazany świat. Mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie przejeżdżając dłonią w celu ułożenia po swoich długich czarnych włosach. Bezskutecznie. Nierozczesywane dawno kosmyki sterczały na wszystkie strony. Obserwował mnie bacznym wzrokiem, kiedy dochodziłam do siebie zrzucając z powiek resztki snu. Zaczynało mnie już denerwować to ostentacyjne milczenie.
- Co wiem? - wstałam i zaczęłam robić sobie herbatę nie zwracając uwagi na mężczyznę. "To pewnie tylko jakiś zły sen" pomyślałam i postawiłam czajnik na kuchence.
- Kim jestem.
- Diabłem, który przyszedł, by zabrać moją duszę? - stwierdziłam z ironią - Już od dawna na ciebie czekałam, a tak długo nie przychodziłeś.
- Idiotka.
Atmosfera zgęstniała w jedną chwilę. Najpierw zamierzałam wybuchnąć, rzucić się na niego i wydrapać mu te oczy, którymi tak bacznie się mi przyglądał, ale stwierdziłam, że nie warto i powróciłam do przygotowywania sobie herbaty. Zaczęłam przyglądać się czajnikowi, z którego odkruszyła się już ze starości czerwona farba, a spód był wyraźnie przypalony. Płomień wił się po jego ścianie w tańcu przypominającym flirt. Pewnie to, że spód się spalił było powodem tego, że zbyt odkręcałam palnik, ale lubiłam oglądać ten niezwykły ruch. Udawałam, że nikogo oprócz mnie nie ma w pokoju i prawie już w to uwierzyłam, kiedy nagle zaczął mówić:
- No wiesz, te całe pierdoły wygadywania.
- Nie określiłabym tego tak. - powiedziałam, zaczynając kojarzyć. Wtedy spojrzałam mu prosto w oczy. Niebieskie tęczówki były prawie całkowicie zasłonięte przez źrenice. - Ale się zećpuniłeś. - Pokręciłam głową z uśmiechem. - Jeśli nie możesz z bez niej żyć, to chyba nic nie przeszkodzi tobie, żeby do niej wrócić? - rzuciłam Jasonowi prosto w twarz. Był nieco zdziwiony, ale byłam pewna, że to on. - Skąd niebieskie włosy?
- Zaraz, zaraz, chwilkę! - wołał pomocy rozglądając się po kuchni. Był wyraźnie zdezorientowany i w tym momencie znacznie bardziej odczuwał bodźce wzrokowe, zapachowe i słuchowe, niż kojarzył fakty. - Po prostu nie... Nie mogę...
- Czego nie możesz? Zrozumieć?
- Nie, nie mogę być z nią... - pochylił głowę, bo bardzo przeszkadzało mu światło sączące się przez okno. - To nie możliwe. Ona jest taka subtelna, delikatna... i ja...
- Mógłbyś ją skrzywdzić? - wytykałam mu wymachując czajnikiem z gorącą wodą, z którego gorąca para ogrzewała mi dłoń. - Obawiam się, że już to zrobiłeś. Bardzo dawno. - spostrzegając jego wystraszony wzrok zalałam herbatę i odstawiłam czajnik.
- Ja wiem, ale... - wyraźnie się zagubił - to nie o to chodzi. Znaczy... nie chodzi tylko o to, że będąc z nią mógłbym ją skrzywdzić jeszcze bardziej, ale... Zbyt wiele nas dzieli, rozumiesz?.
Wpatrywałam się w niego z osłupieniem. Dwa dni, dwie dziwne rozmowy kuchenne. Różniły się od siebie znacznie nie tylko sposobem wypowiadania się moich rozmówców, ale także wymową. Każde z nich postrzegało ich związek inaczej. Ona - jako przeznaczenie, idealne zespolenie dusz, on - za jakieś fatum i całkowitą pomyłkę. Długo nie mogłam wymyślić jakiejś odpowiedzi. Stosownej riposty.
- Wiesz... ona przedstawiała tę sprawę zupełnie inaczej. - chłopak energicznie kręcił głową. - Stwierdziła, że mimo wszystko dobrze wam było razem, a Courtney nie może bez ciebie żyć i... Może w myśl zasady "przeciwieństwa się przyciągają" pasujecie jednak do siebie? Nie jestem terapeutą od spraw związków...
- Zrozum, ona mnie idealizowała. Wyobrażała sobie, że jestem inną osobą. Ja... nie zasłużyłem na nią. - rzuciłam mu krytyczne spojrzenie. Zawsze tak mówią, gdy tak naprawdę wina leży po ich stronie, ale nie chcą się do tego przyznawać. - Nie mogłem już dłużej udawać, że jestem inny i po prostu uciekłem od tego.
- Rzucając jej nóż w plecy? - spojrzałam na niego z niesmakiem - To tchórzostwo, nic innego. - zamyśliłam się. - A dlaczego postanowiłeś uciec po którymś z moich wykładów?
- Powiedziałaś wtedy jedno ważne zdanie. Stwierdziłaś, że ciągłe udawanie to tylko oszukiwanie drugiej osoby.
Zamyśliłam się ze zdziwieniem. - Nie przypominam sobie czegoś takiego. - rzuciłam dopijając ostatni łyk herbaty. - To niezgodne z tematami, na jakie mówiłam.
- Może to nie było dokładnie tak, - widać było, że usiłuje przypomnieć sobie coś więcej - ale wyśmiewałaś wtedy osoby, które wciąż udają. - Nie pamiętam dokładnie, - ale morał zaległ mi w pamięci.
- Wspomniałam o tym może w jednym zdaniu. - parsknęłam.
- Tak, ale to było to, czego najbardziej w tamtej chwili potrzebowałem. - wstał i sięgnął po czajnik. - Powiedzenie mi, że robię źle i powinienem to zmienić. A twoja wypowiedź była jak bodziec ostateczny. Skończyłem z tym na zawsze. Nie mogę do niej wrócić. A ona musi się nauczyć żyć beze mnie. Ona jest słodką małą istotą potrzebującą opieki, a ja nie umiem się kimś zajmować. Niech sobie znajdzie kogoś odpowiedzialnego.
Wtedy zrozumiałam, że może i on ma trochę racji. Bo przecież Courtney była taką delikatną osobą, która lubiła brać swoje zdanie od innych ludzi i... miała talent do znajdowania sobie takich nieodpowiedzialnych ćpunów jak ja, czy on. Powinna zacząć obracać się w innym towarzystwie. Dlaczego wydało jej się, że to mi powinna się zwierzać, a nie na przykład Lettie? To byłoby dla niej odpowiedniejsze. Myślę, że dogadałyby się ze sobą, przecież się znają. Po raz pierwszy spojrzałam na mężczyznę ze zrozumieniem.
- Ale co sprawiło, że szuka wsparcia u ludzi tak zupełnie innych niż ona, takich jak my? - odwróciłam się w jego stronę, a on spojrzał na mnie zalewając wodą wsypane do kubka resztki herbaty Earl grey - Chyba ja. - pochylił głowę w geście żalu i zawstydzenia. - Zawsze przebywała ze mną, a teraz nie zna innych osób.
- Ależ zna! - zaprotestowałam - Jest jeszcze Lettie i reszta koleżanek z liceum, z którymi chodzi na herbatki!
- No dobrze, ale chciałabyś się zwierzać takim osobom? - spojrzał na mnie wyzywająco.
- Nie, ale ona jest zupełnie inna powinna znaleźć sobie kogoś w jej rodzaju. Jej pokroju. Może i tamte dziewczęta są największymi plotkarami w mieście, ale, na Boga! Ja też nie jestem dla niej kimś odpowiednim do zwierzeń!
- A ja do kochania. - odstawił kubek i założył ciemne okulary. Ruszył w stronę drzwi, a chwilę przed wyjściem powiedział tylko, że niebieską perukę pożyczył od kolegi.
Chwilę stałam zdziwiona tą rozmową i jej treścią, jednak mimo przekonywania samej siebie, nie mogłam zaprzeczyć, że chłopak miał rację. Zastanawiałam się, kiedy przeszłam na jego stronę i dostrzegłam, że to właśnie jest droga dobra Courtney, że tak właśnie należy zrobić. Ograniczyć jej spotkania z nim i... ze mną. Zamknęłam oczy i zaczęłam trochę żałować, bo przecież dogadywałyśmy się tak idealnie - trzeba to było zrobić dla jej dobra, bo to ja (i Jason) jestem tym towarzystwem, które społeczeństwo zwykło określać jako złe.
Myjąc kubki ujrzałam małą pogniecioną kartkę papieru, na której napisane było coś w stylu umówienia się ze mną jutro w pewnej knajpie, adnotacja, abym zaprosiła Court i coś co przyniosło mi nieco strachu - dopisek poniżej - konfrontacja.



do góry

XVII

Nie miałam jednak numeru do Courtney, więc stwierdziłam, że musze się jakoś skontaktować z Lettie. Zadzwoniłam do niej wieczorem
- Dzień dobry, tu dom państwa Howardów. Kto dzwoni? - głos ojca Lettie pozwolił mi zorientować się, że wykręciłam dobry numer.
- Witam, z tej strony Nana Willberg. Można prosić Lettie?
- Już podaję. - w tym momencie nastąpił stuk i chwila oczekiwania. W tle słychać było krzyki w stylu: "Lettie! Telefon do Ciebie!" i po jakiejś minucie wreszcie słuchawka została podniesiona.
- Słucham? - wyszeptała do słuchawki zasapana Lettie.
- No hej, tutaj Nana na linii. - powiedziałam, mając już serdecznie dość przedstawiania się. Czułam się trochę, jakbym dzwoniła do jakiegoś urzędu.
- O! witaj, nie spodziewałam się, że zadzwonisz. - powiedziała, a w jej głosie słychać było dziwny śmiech. Zastanawiałam się, co spowodowało ten nastrój, ale szybko wróciłam do meritum.
- Dzwonię właściwie, bo mam pewną sprawę do Courtney Taylor i potrzebuję jej numeru telefonu. - Lettie potakiwała z drugiej strony telefonu - Masz go może i mogłabyś podać?
- Ależ oczywiście, że mam. - rzuciła Lettie z nutką pewności w głosie. - Poczekaj tylko momencik, bo musze znaleźć go w którymś notesie. - dziewczyna miała w szafce pod telefonem całą szufladę wypełnioną notesami adresowymi. Zbierała je chyba od pierwszej klasy podstawówki. Słyszałam teraz jak otwiera szufladę i wyrzuca z niej notesy. Po kilku sekundach odezwała się znowu. - Już mam. Masz tam jakąś kartkę?
- Czekaj. - powiedziałam i wyciągnęłam z kieszeni pognieciony paragon ze sklepu. Później sięgnęłam po ołówek leżący na stole i zanotowałam dyktowany przez Lettie numer. - No dzięki, już mam. To...
- Czekaj, czekaj. Skoro już dzwonisz to pogadamy. - nic nie powiedziałam, ale Lettie już ruszyła w wir swojej gadaniny. - Jak się dzisiaj czujesz?
- W porządku, Lettie, czy to jest naprawdę ta sprawa, o którą chcesz zapytać? - zapytałam, domyślając się z panującego w tej rozmowie nastroju, że tak naprawdę inna rzecz dręczy koleżankę.
- Nie... Naprawdę nie. Chodzi o to, że... - Lettie ma czasem problemy z mówieniem prosto z mostu o co jej chodzi. - Podobno masz faceta. - wydusiła z siebie na jednym wydechu.
- Ja? - zdziwiłam się i zaczęłam się zastanawiać, kto i dlaczego rozsiewa takie plotki.
- No Keira mówiła, że Emma jej mówiła, że widziała jak rano wychodzi od ciebie jakiś facet. - rzuciła dziewczyna z wyraźną dumą w głosie. - Podobno całkiem niezły. Wysoki, szczupły, tylko o włosy zadbać nie umie...
Zaczęłam śmiać się gorzko w słuchawkę rozumiejąc coraz bardziej pytanie Jasona o to, czy chciałabym się zwierzać takim dziewczynom z herbatki. Jaki ten świat jest przewidywalny...
- Czy ty uważasz, że jeśli ktoś wychodzi z mojego domu rano, to znaczy, że spędził w nim całą noc? - zapytałam ironicznie.
- Od każdego innego człowieka nie. - Lettie zaśmiewała się - Ale ty nie wstajesz rano, więc... No cóż, tak właśnie myślałam - kochana. - mogłam to podejrzewać. Wiedziałam, co moja koleżanka myśli o moim stylu życia i, że równie często jak się o mnie zamartwia, myśli, że jest zupełnie bez zasad. Skrzywiłam się i przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć.
- Jak uważasz, ale nie będę ci się z tego tłumaczyć. Nie wszystko jest tak oczywi... - zaczęłam mówić, ale Lettie mi przerwała.
- Dobra, już dobra. Wierzę ci. Spotkamy się kiedyś? Emma, Keira i Annie tylko na to czekają. A skoro ty nie jesteś z tym facetem, to wiesz... Różne rzeczy mówiły...
- Lettie. Ja nie jestem biurem matrymonialnym - odpowiedziałam cedząc każde słowo. - Nie wiem, czy kiedyś jeszcze spotkam się z Emmą, Keirą i Annie, bo jak widać są lepiej poinformowane o moim życiu prywatnym niż ja sama. - moja rozmówczyni zamilkła.
- Ale nie obrażaj się! - Lettie zaprotestowała. - No już spokojnie. Przez najbliższy czas nie będę wspominała o Keirze i Emmie, ani o twoim życiu prywatnym. Nie bądź zła. Pa!
-Pa. - odłożyłam słuchawkę zastanawiając się nad tym, co powiedział Jason i jaką miał wielką rację.
Zrobiło mi się przykro. A gdy zamknęłam oczy wciąż miałam przed oczami smutną twarz Courtney opowiadającą o niezwykłej miłości, o jej księciu z bajki i było mi smutno, bo wiedziałam, że będę ją musiała tego pozbawić. Ona tego nie widzi, ale to ją wymęcza. Będzie trochę bólu, będzie trochę płaczu, ale wyjdzie jej to na dobre. Musi nam uwierzyć. Gorzej jeśli dotrą do niej jakieś plotki, bo wtedy... Ludzie mogą zamydlić jej nasz cel. Nie będzie wierzyła nam, że chodzi o jej dobro, ale stwierdzi, że robimy to wszystko, żeby być razem... Dlatego zadzwoniłam do niej szybko i umówiłam się na jutro w podanej przez chłopaka knajpie. Nie wiedziałam, czy mówić jej, czy nie mówić na czym będzie polegało to spotkanie, a kiedy powiedziała, że w tej właśnie knajpie spotykali się z Jasonem miałam ochotę wszystko jej wyjaśnić. Stwierdziłam jednak, że lepiej będzie, jeśli to właśnie ta wielka miłość opowie wszystko Court, a ja pozostanę w roli pocieszacza. Rzuciłam jej tylko na pożegnanie, żeby przygotowała się psychicznie, ale wątpię, żeby pomyślała o tym, co chciałam jej przekazać. Może zdawało się jej, że znowu będę jej tłumaczyć świat, albo, że ma się po prostu przygotować na pobyt w ulubionej knajpie ich - jako pary. Mimo wielkiego strachu o jutro i ochoty prędkiego rozłączenia się udało mi się skończyć rozmowę w przepisowy sposób.
Usiadłam na krześle i wyciągnęłam z kieszeni strzykawkę napełniłam ją przygotowanym przed chwilą roztworem. Wyprostowałam rękę i napięłam ją tak, by żyła wystawała po czym powoli wbiłam w nią igłę. Bez pośpiechu wprowadziłam substancję w krwiobieg i wreszcie poczułam się na tyle wolna, jak już dawno nie byłam. Mogłam odreagować wszystkie sprawy i całą tę hecę związaną z wprowadzaniem Courtney w dobre towarzystwo. Ledwo kontaktowałam z rzeczywistością, w mojej głowie pojawiały się dużo piękniejsze obrazy. Pokój wypełniały kolorowe światła, a ja tańczyłam wśród nich. Nareszcie... spokój.


do góry


XVIII

Otworzyłam oczy, aby znaleźć się w krainie cudowności. Nad moją głową tysiącami kolorów mieniły się krople rosy spoczywające na olbrzymich liściach i kwiatach. Czułam się jak na lotnisku. Wszedzie buczało. A sprawcami buczenia były olbrzymie pszczoły unoszące się nad kwiatami i zapylające je. Kiedy jedna z nich usiadła, by wykonać swoją pracę olbrzymia kropla upadła blisko mnie niczym bomba mająca na celu mnie zabić. Szybko odskoczyłam, ale nagle coś złapało mnie za ramiona i poczułam, że lecę. Usiłowałam zobaczyć co to, ale gdy odwaracałam głowę oślepiało mnie wszędobylskie słońce. Dopiero teraz poczułam, jaki skwar panuje w tym miejscu. Gorące, wilgotne powietrze sprawiło, że czułam się, jakby coś siedziało mi na klatce piersiowej. Widziałam tylko wielkie skrzydła motyla, których szelest wydawał się mówić: oddychaj spokojnie, oddychaj spokojnie. Przyłożyłam dłoń do ust i uspokoiłam oddech. Mimo to nadal był płytki i świszczący. Nie mogłam dobrze zaczerpnąć powietrza, takie było wilgotne. Wydawało się, że można było je pokroić. Róg skrzydła musnął moją dłoń. Było tak delikatne i miękkie, że nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę motyl. Nagle poczułam oddech na moim ramieniu.
- Mogło cię zgładzić - szepnął mi do ucha dziwny, pociągający głos. Odwróciłam głowę w jego stronę i ciepłe usta musnęły moje wargi w słonecznym pocałunku. Otworzyłam oczy i ujrzałam przepiękną dziewczynę o rysach tak szlachetnych i pięknych, że każdy mógłby za nią skoczyć w ogień.
- Kim jesteś? - zapytałam patrząc jej prosto w oczy, które świeciły wszelkimi kolorami tęczy.
- Jestem wróżką, ratuję cię przed środowiskiem, w którym skazana jesteś na śmierć. - powiedziała i kolejny raz złożyła na moich ustach łagodny pocałunek. A potem spojrzała przed siebie, co sprawiło, że ja też skierowałam tam swój wzrok.
Przede mną znajdowało się coś w rodzaju skalnego miasta. Sieć skalnych tuneli, do których wejść było więcej, niż mogłabym zliczyć. Wróżka wylądowała na jednej z nisz skalnych kładąc mnie delikatnie na podłożu. Usłyszałam więcej istot takich jak ona mówiących w nieznajomym mi języku. Ton ich głosu nie sugerował niczego dobrego. Krzyczały na moją wróżkę, nie wiedziałam, z jakiego powodu, ale podejrzewałam, że chodziło o mnie. Byli przecież tak różni ode mnie. Kiedy dwaj męscy osobnicy, których widziałam weszli do jednego z tuneli, kobieta - motyl, znów się nade mną pochyliła.
- Już w porządku? - zapytała wsuwając kosmyk włosów za ucho.
- Tak. - odpowiedziałam pomiędzy uspokajającymi się powoli oddechami.
Kiedy już mój oddech się ustabilizował poradziła mi, abym za nią ruszyła i weszłam z nią w tunel, w którym kilka chwil temu zniknęli umięśnieni osobnicy męscy. Korytarz był bardzo długi, a z niego wychodziły tysiące innych. Patrzyłam na to zachwycona podziwiając misterne wykonanie każdego z nich. Szłam w milczeniu z otwartymi ustami oglądając każde wejście i pracujących tam umięśnionych robotników o różnych odcieniach skóry od alabastru aż do hebanu, mających jedną cechę wspólną - czerwone, ostro zakończone skrzydła.
- To nasza kopalnia. - tłumaczyła wróżka. - Tysiące robotników pracuje tu, by nasz dom był coraz obszerniejszy i by mogły go zapełniać kolejne pokolenia. - Spojrzałam na nią. Jej srebrzyste skrzydła migotały chociaż w korytarzach nie było zbyt jasno, a jej ciemne, falujące włosy spływały po ramionach niczym puszysta peleryna. - Nasze plemię składa się tylko z mężczyzn, którzy pracują dnie i noce, aby okazało się, który z nich jest najsilniejszym samcem.
- Żeby? -zapytałam, a ona spojrzała na mnie z pobłażaniem.
- Żeby zapłodnić królową, z której narodzi się następne pokolenie robotników. Królowa rodzi zawsze tylko jedną córkę, którą czeka ten sam, skazańczy los jej matki. Ma urodzić następne, tysięczne pokolenie robotników i jedną królową, a potem umrzeć na tronie. - pochyliła głowę, a po jej policzku spłynęła mieniąca sie kolorami łza. - Ale jest jeden problem. Królowa powinna z każdym dniem coraz bardziej pragnąć robotnika... A ze mną tak nie jest. Spocone warstwy mięsni nie powodują u mnie przyspieszonego bicia serca i podniecenia. Nie jest tak, jak mówią legendy, że królowa-wróżka, kiedy nadejdzie czas sama rozpoznaje przodownika, po pożądaniu, które w niej do niego wzrastało. A tak naprawdę oni mnie zupełnie nie pociągają. Za to ty... Kiedy cię ujrzałam poczułam, że to właśnie ciebie kocham. Wybacz mi. - spojrzała na mnie zaszklonymi oczami.
- Ależ ja nie mam nic przeciwko - powiedziałam przygważdżając ją pocałunkiem do ściany. Przez chwilę oddawała go, ale potem odsunęła usta w panice.
- Nie tutaj, mogą nas zobaczyć! - rzuciła mi przelotne spojrzenie i pociągnęła za nadgarstek do komnaty kilkadziesiąt metrów dalej. - To jest moja komnata. Nikt nie ma prawa tu wchodzić, dopóki go nie zaproszę.
Komnata urządzona była elegancko, ale bez przepychu łączonego z władzą monarchiczną w świecie mi znanym. Stało w niej zaledwie kilka mebli nad którym górowało potężne łóżko, skromne jednak w swej oprawie. Na ścianach wisiały portrety innych pięknych wróżek podpisane ilością potomków, jaką wydały na świat. Wróżka zauważyła, że spoglądam w tę stronę.
- Tak, właśnie to liczy się w moim szczepie. - pociągnęła nosem - Chodzi o to, ile kto ma dzieci i ile z nich przeżywa. Jeśli umiera więcej niż sto, królowa zostaje przeklęta, bo nie wybrała najsilniejszego samca i na wieki porzucona nigdy nie zawiśnie na tej, ani żadnej innej ścianie. Zostaje wymazana. Taka właśnie była moja matka - znów pociągnęła nosem - To pewnie dlatego jestem taka dziwna...
- Nie jesteś dziwna, należy to akceptować. - powiedziałam z pewnością w głosie, ale dziewczyna pokręciła głową - Ty pewnie żyjesz w zupełnie innym świecie, gdzie to się nie liczy. Jest pewnie u was od groma samic i... - w tym momencie przerwała i rzuciła się na mnie z pocałunkiem, przez długi czas oddawałyśmy się tej pieszczocie, a potem przerwałam ją na chwilę.
- Chwileczkę, a jak ty się nazywasz? - zapytałam pieszcząc ją po biuście.
- U nas królowe nie mają imion. - odpowiedziała, choć przerywał jej przyspieszony, podniecony oddech - zostają nazwane ilością ich dzieci - jęknęła cicho.
- A więc ja nazwę cię Georginią, piękną. - powiedziałam rozplątując jej gorset i podziwiając wydatne krągłości. Powoli zsunęłam jej sukienkę, a potem rozebrałam się sprawnym ruchem. Długo leżałyśmy tak, przylegając ciałem do ciała i wymieniając się delikatnym pieszczotami.
Gdy otworzyłam oczy zdając sobie sprawę, że wciąż jestem we własnym mieszkaniu wciąż czułam na sobie ciepło jej ciała i dotyk gładkich ud.


do góry


XIX

Gdy do niej zadzwoniłam, była bardzo przejęta, ale powiedziała, że przyjdzie. Umówiłyśmy się przed moja kamienicą, nie chciałam, żeby się zgubiła, bo okolica knajpy, w której miało sie odbyć spotkanie była pełna podobnych spelunek. Nie mogę powiedzieć, że nie bałam się tego spotkania, bo serce ze strachu biło mi jak szalone. Upominałam siebie, za ten nieprzemyślany spacerek. "Co ja jej powiem... Co mam mówić dziewczynie bezpośrednio przed tym, kiedy mam jej powiedzieć, że na nią nie zasługuję. Poza tym, co to za gadka?! Przecież takie rzeczy pojawiają się w najgorszych filmach! Co ja jej powiem, co jej powiem?" Takie myśli krążyły po mojej głowie, zanim zobaczyłam ją, wlekącą się po ulicy, opatuloną szczelnie szalikiem. Spod czapki i szalika było widać tylko oczy i nos, a mimo to, kiedy podeszłą do mnie widać było, że się uśmiecha. Wyrzuty sumienie kopnęły mnie z całej siły w brzuch. Ale jej uśmiech sprawił, że moja twarz także przyjęła grymas zadowolenia.
- Witaj - mruknęła słodko mrużąc oczy.
- Chodź. - wzięłam ją za rękę i zaczęłam prowadzić jak małe dziecko. Wiele się zmieniło, odkąd pierwszy raz się spotkałyśmy, choć minęło tak niewiele czasu. Dystans, który najpierw do niej czułam zniknął pod ciężarem jej zwierzeń. A teraz miałam wszystko to przerwać. Przeciąć tę nić porozumienia, która została wysnuta między nami tak szybko. Wiedziałam, że miejsce, w którym zostanie zerwana będzie krwawiło. A blizna pozostanie na zawsze. Ale to dla jej dobra, prawda? Dla jej dobra?
- Dlaczego milczysz? - zapytała tym przesyconym słodyczą głosem - I dlaczego, kiedy do mnie dzwoniłaś miałaś taki dziwny, smutny głos? Przejęłam się, myślałam, że coś ci jest, ale wyglądasz całkiem zdrowo... chociaż... Nie wiem, nie wiem - pokręciła nosem - Masz taką niepewność w oczach o co chodzi.
- Nie... - zająknęłam się. Właśnie tego się obawiałam. Courtney taksowała mnie wzrokiem. - Wszystko w porz... - nie wiedziałam co dalej począć - Chodzi o to, że... - uspokoiłam oddech. Cholera, coraz częściej to mi się zdarza. Świszczące wdechy pojawiły się jednak i Court wyciągnęła z kieszeni torebkę i podała mi.
- No dobrze, powiesz mi później, kiedy usiądziemy. Chociaż to może być jeszcze gorsze bo znając tę okolicę, to będzie to na pewno klub przepełniony dymem papierosowym.
Urwała. Dalej szłyśmy w milczeniu. Nie mogłam powstrzymać wrażenia, że jest na mnie obrażona. "Może to i dobrze" myślałam "Rozstanie pójdzie łatwiej". Uśmiechnęłam się do niej w podziękowaniu za torbę, a ona, choć udawała, że jej to nie obchodzi śmiała się oczami. Pozbawiło mnie to złudzeń. "Nie ma prostych rozstań" pomyślałam, gdy przechodziłyśmy przez próg, całkiem o tej porze schludnej (i pustej), knajpy.
- Jason! - wykrzyknęła zauważając chłopaka siedzącego w kącie, paląc papieorsa.
- No właśnie. - mruknęłam, a ona obdarzyła mnie tylko przelotnym spojrzeniem i szybko skierowała się w stronę swojej miłości z dzieciństwa.
Raven rzucił mi karcące spojrzenie, za które miałam ochotę go zabić. Jakby miał do mnie pretensje o to, że nie powiedziałam jej tego, co trzeba. Najłatwiej. On wtedy by miał do odwalenia tylko kiwnięcie głową i otarcie łezki, która absolutnie naturalnie spłynęłaby mu po policzku i powiedzenie: "tak, to był pomysł Nany". Tak nie będzie. Odpowiedziałam mu spojrzeniem tak pełnym jadu, jak tylko udało mi się je nasycić i znów poświeciłam uwagę Court latającej wokół niego jak wesoły motylek.
- Court... - złapał ją za dłoń.- Ja... mam ci coś do powiedzenia - spojrzała na niego szklistymi oczami. Wiem, że w tym momencie zrobiłaby absolutnie wszystko, o co by ją poprosił. On też to widział, dlatego było mu tak trudno. Właściwie to nigdy nie mogłam jednoznacznie stwierdzić, czy on ją kocha, Zawsze z twarzą pokerzysty. A jednak w tym momencie miałam uczucie, że łączy ich bardzo silna więź. Dlaczego właściwie namawiam ich do przerwania jej? Przecież... Cały ciężar sprawy spadł na moje barki. On także niósł swój krzyż. - Muszę ci coś powiedzieć. Przyciągnął jej dłoń do swojego serca, a potem szybko ją cofnął. Dziewczyna była zupełnie zdezorientowana. - Stwierdziłem, że... Musisz poszukać sobie kogoś nowego - wyrzucił z siebie na wydechu. W oczach dziewczyny błysnęło absolutne niezrozumienie, które za chwilę zostało zastąpione zwyczajnym smutkiem.
- Dlaczego? - pod zaciśniętymi powiekami zaczęły zbierać jej się łzy - I co ma do tego Nana? Czy ty i ona... - spojrzała na mnie z rozpaczą. - Czy to... - wybuchnęła płaczem.
- Nie. - powiedziałam i położyłam jej rękę na ramieniu. Strząsnęła ją. - Nie o to chodzi. Uwierz mi. - usiadłam naprzeciw niej i z łobuzerskim uśmiechem spojrzałam prosto w oczy. - Sprawa opiera się na tym, że to my jesteśmy dla ciebie nieodpowiednim towarzystwem. Ty obracasz się w zupełnie innych kręgach. Masz inne znajomości. Tamte są dla ciebie. Czy nie wydawało ci się czasem, że ja z Jasonem i tym to dwa zupełnie inne światy? Zapewne tak. - kiwała głową - To tylko dwa niespełnione marzenia, których nie należy realizować. Rzeczy, których tak naprawdę boisz się i unikasz. - zaczynała patrzeć na mnie ze zrozumieniem. "Cholera, powinnam zostać hipnotyzerem!" - Ja i Jason to zły świat. Nie twój świat. Ludzie tak naprawdę nie należą do jakiegoś społeczeństwa ze względu na znajomych, ale na swoje czyny. Twoje są jak najbardziej przejrzyste i krystaliczne. My jesteśmy destrukcją człowieka, ty jesteś stworzeniem. Zerwij z nami kontakty, póki jeszcze jesteś młoda.
Miałam nadzieję, że zrozumie, że to tak naprawdę jej decyzja. Nie chciałam wyrzucać jej kopem w brzuch, nie chciałam wrzucać ją na głęboką wodę z kamieniem u szyi. "Zrozum, zrozum, zrozum" powtarzałam w myślach jak mantrę, nie wiem, czy to miał być jakiś telepatyczny wpływ na jej zachowanie, czy miałam przekonanie, że to jakieś magiczne zaklęcie. Zwyczajnie wpatrywałam się w nią w kółko wypowiadając te słowa. Obserwowałam, jak coś w niej pęka. Zasiane przeze mnie nasienie zrozumienia zaczynało pączkować w jej głowie jej osobistymi dowodami. Myślę, że właśnie wtedy zaczynała pękać. Jason, niedostrzegalnym gestem poklepał mnie po plecach. Sama to wiedziałam - byłam dobra w tym co zrobiłam, choć robiłam to przeciwko sobie. chociaż powtarzając "zrozum" tak naprawdę tego nie chciałam. Chociaż moje próżne ego nie chciało rozstawać się z tak słodką i mądrą dużą dziewczynką, z którą tak nie dawno złączył mnie los. Ale było za późno. Nacięta przeze mnie nić już pękała.
- Myślę, że rozumiem, o co wam chodzi. - patrzyła to na mnie, to na Jasona. - I mam nadzieję, że wasze intencje są szczere. Usiłujecie wytłumaczyć mi jak dziecku coś, co od dawna mówili mi rodzice. Wychodzi trochę przeciwko waszemu światopoglądowi - jakbym ja, jako urodzona w tej i tej warstwie nie mogła się z wami zadawać, bo to mezalians, ale... Jeżeli naprawdę jest tak jak wy mówicie, to chyba nie mam czego żałować. Uważacie, że mogłabym się przez was stoczyć. Niedoceniacie mnie trochę, - jej słowa wypełniła gorycz - ale jeżeli uważacie, że po prostu nie chcę oglądać was, jak się marnujecie, lub wy tego nie chcecie i sprawiałoby wam to przykrość mam obowiązek was posłuchać. Muszę to zaakceptować. - sięgnęła po płaszcz z oparcia krzesła. - Życzę każdemu z was wszystkiego najlepszego i... żegnam. - rzuciła, wychodząc. Widzieliśmy przez okno, że zanosi się płaczem.
- Dzięki - mruknął swym niskim głosem Jason. - Gdybym umiał, właśnie tak bym to załatwił. - chwycił mnie za dłoń z wdzięcznością.
Wyplątałam się z jego uścisku i rzucając, że może jeszcze kiedyś się spotkamy, w bardziej przychylnych okolicznościach i ja opuściłam lokal kierując się do domu.

>
do góry

XX

Wieczór wypełnił się pustką. Nie miałam do kogo zadzwonić, nie miałam kogo zaprosić. Zawsze była jeszcze Lettie, ale ona i jej koleżaneczki zaczynały mnie denerwować. Poza tym nie byłam w nastroju do rozmawiania z nią słodkim głosikiem o pierdołach. Wydarzenia dzisiejszego dnia zbyt mocno odcisnęły się na moim nastroju. Powieki bezskutecznie poszukiwały łez. Suche gałki oczne nie zaznawały nawilżenia. Czułam się jak pozbawiony ludzkości android, który w ostatniej misji nie zawahał się wydać przyjaciela.
Zegar nie bił tik - tak, ale tak - tak kiwając wahadłem i zatwierdzając poprawność moich myśli. Głośniki radiowe nie chciały nadawać muzyki, wydawały z siebie tylko brzęczenie. Co jakiś czas stukały, jakby ktoś chciał dostać się do mojego pokoju. Dłoń bezmyślnie skrobała na kartce przedziwne wzory. Nieopanowane obrazki tłoczyły się, wyrywały się z białości papieru krzycząc na mnie i patrząc krzywymi spojrzeniami. Zgraja demonów w odcieniach czerni i szarości opanowała karton, tak jak opanowała mnie. A wiedziałam, że tak naprawdę buntuje się tylko mój egoizm. Zakratowany krzyczał zamaskowany żalem. Strata jest zawsze stratą i zawsze boli tak samo. Czasem trzeba po prostu przeżyć najgorszy okres. Zakrztusiłam się połkniętymi przy popijaniu herbaty fusami. Spojrzałam w głąb kubka. Był pusty.
Moment później pokój wypełnił wesoły świst czajnika. "Jak śmiesz się cieszyć" rzuciłam mu zdenerwowane spojrzenie. "Wiem, że tak naprawdę nic się nie stało" cholera, wariuje, gadam do czajnika. "Wiem, że nie powinnam rozpaczać." myśli kłębił się wokół tego wydarzenia, ale powoli godziłam się z jego pierwotnym założeniem, które łatwo mi było zrozumieć dopóki nie przeszło do jego wykonywania. Wypiłam herbatę, nucąc pod nosem. Było coraz lepiej. Zaczynałam rozumieć. Wreszcie tak naprawdę to złapałam. Wyjrzałam przez okno. Nad rzędami kamienic zaczynało wschodzić słońce. Położyłam głowę na skrzyżowanych dłoniach i wpadłam wprost w objęcia Morfeusza.
***
Słońce świecące mi prosto w oczy spowodowało, że sen odszedł ode mnie z niespodziewaną szybkością. Słońce nie było jeszcze zbyt wysoko, nie spałam zatem zbyt długo. Kiedy się podniosłam dotarło to do mnie w postaci dwu tonowego nacisku na powieki. Głowa bolała mnie jak cholera, więc połknęłam jakiś proszek, po czym wzmocniłam się dawką teiny dwukrotnie większą niż właściwa. Chęć snu odeszła.
Ukłucie w sercu pojawiło się, kiedy, tak jak tamtego dnia, wyruszyłam do sklepu po produkty na śniadanie. Co rusz odwracałam się, upewniając się, czy nie zobaczę jej sylwetki przemykającej za moimi plecami, kryjącej się za to wszystko, co jej zrobiłam. Straciłam ją, byłam tego pewniejsza niż własnej śmierci. Bałam się, że uważała, że może to ze względu na to, że jej nie lubiłam, albo, że nawiązał się między mną i Jasonem jakiś związek, ale wiedziałam, że już nigdy nie wyprowadzę jej z tego błędu. Ze spuszczoną głową przemierzałam kolejne przecznice. Otaczały mnie uśmiechnięte pary, gromady przyjaciółek, mężczyźni i kobiety samotnie zmierzający do pracy. Każdy z nich miał jakiś cel w życiu, a ja nagle zrozumiałam, że to co robię to przemykanie się przez nie. Nawet nie mam prawdziwej pasji. Łykanie dragów, tego nie zabijało. Biegiem wróciłam do domu i sięgnęłam po kilka obrazów leżących na wierzchu. Wydałam kilka groszy na bilet metra do centrum, usiadłam w jakimś zagłębieniu muru i rozstawiłam wokół siebie te graficzne pomyłki. Nie wiem nawet na co liczyłam, zawsze wyśmiewałam takich ludzi. Miejscowi przechodnie patrzyli na mnie jak na wyrzutka społeczeństwa, którym w ich oczach niewątpliwie byłam. Kilku turystów zakręciło się, kupując obrazki, które czasem produkowałam - widoki Londynu. Nie przeszkadzało im, że przedstawiają najgorsze dzielnice miasta. A może nawet ich pocieszało? Wrócą do domu i ujrzą swoje stare kąty, miejsce, do którego należą i stwierdzą "Jeeezu, ależ ten Londyn jest paskudny".
W pewnym momencie podeszła do mnie kobieta ubrana w kolorową sukienkę. "Prawdziwa bohemianka" pomyślałam uśmiechając się do niej.
- To twoje? - zapytała zakreślając palcem krąg wokół moich obrazków. Kiwnęłam głową. - Niektóre są całkiem niezłe. Masz jeszcze jakieś?
- Szczerze mówiąc, lepsze zostały w domu... - rzuciłam wstając.
- Mam dla ciebie ofertę. - rzuciła, jakby od niechcenia, a moje serce wypełniło się nadzieją. - Mam małą galerię i poszukuję młodych artystów ze świeżą wizją rzeczywistości. Dostrzegam to w tobie. Nie przesładzasz. Całkiem mi się podobasz. To moja wizytówka. - podała mi małą karteczkę. - znajdziesz tam adres galerii i numer telefonu. Zgłoś się jutro z obrazami, z chęcią zobaczę więcej, a wtedy pogadamy ewentualnie o jakiejś wystawie, czy czymś. - usiłowałam ukryć podniecenie i radość, jakie we mnie wstąpiły.
- Dobrze, nie zapomnę. - Gdy odeszła zebrałam obrazy i przeliczyłam gotówkę, jaką pozostawili turyści. Dwadzieścia funtów... Wiedziałam, jak je spożytkować. W końcu zaczynam od zera.
Po drodze do domu kupiłam za drobniaki na śniadanie kopertę. Dziwne, w ogóle zapomniałam o głodzie, który skierował mnie do sklepu. Wchodząc do mieszkania sięgnęłam po długopis i szybko naskrobałam na jakiejś kartce:
Wiem, że nie byłam dobrym dłużnikiem i, że pewnie zapomniałeś już o należności, której nie uiściłam. Mimo to, będę dobrym człowiekiem. Zwracam dwadzieścia funtów, możemy zapomnieć o długu. Cieszę się, że nie masz znajomości wśród żadnych zabijaków, bo już bym pewnie byłą nieźle obita. Tak mam przynajmniej szansę, żeby oddać te pieniądze z godnością.
Opatrzyłam ją podpisem i z zadowoleniem wsunęłam do koperty pieniądze. Na wierzchu nabazgrałam prędko "dla Nicka Wolfwooda". Podrzuciłam pod drzwi mieszkania jego i Aleca i szybko wróciłam do siebie. Byłam z siebie dumna. Niedługo skończę z wszystkimi moimi długami. Na zawsze?


do góry

Epilog

Biegnę ulicami Londynu, już spóźniona na spotkanie. Biegnę, jak w moich snach sprzed kilku miesięcy. Tyle, że teraz jest czerwiec, nawet tutaj słońce wygrzewa nieco zaniedbane zakamarki. Dzień niezwykły, nastrojony optymistycznie wdziera się do umysłów ludzi i sprawia, że patrzą na innych z uśmiechem. Ja także. Wydaje się, że swoje ciemnie wieki mam już za sobą. Od kilkudziesięciu tygodni znowu studiuję, galeria wykupuje czasem moje obrazy. Nie są to pieniądze, które zapewniają tak zwany dostatni byt, ale przezywam za nie. Nie czuję się uciśniona, bo nie jestem związana żadnym kontraktem, jestem wolnym strzelcem i dobrze mi z tym. Matka nie jest zbyt zadowolona, ale ona chyba nigdy nie będzie w pełni ukontentowana, to chyba siedzi w jej naturze - wieczne narzekanie wgryzło się tak mocno w jej osobowość, że już nigdy nie popuści. Biedaczka... Cóż, najwyższy czas to polubić.
Brat nareszcie zrozumiał, czym ja się tak naprawdę trudzę i dlaczego nie lubię być związana umowami. Udało mi się go przekonać, żeby nie przysyłał mi pieniędzy, bo sobie poradzę.
Tłumy ludzi przemierzające nadtamijski bruk nie są mi obce, odkąd częściej wychodzę z domu w świetle dnia. Może nie są to zupełnie inni ludzie od tych, którzy swe życie uzależnili od nocy, ale ci to tylko duchy kryjące się w cieniu kamienic. Nie powiem, że zupełnie od tego się odcięłam, ale ćpam tylko jeden wieczór w tygodniu - to taki stan pośredni, potrafię to opanować, jednocześnie będąc przyzwyczajoną do tego jednego strzału na 168 godzin.
Choroba trochę ustała. Nie mam narzucających się objawów i wyglądam całkiem jak człowiek. Tak naprawdę nie wiem ile jeszcze pożyję i wiem, że to może zaskoczyć mnie w każdym momencie, ale chcę dobrze wykorzystać ten czas, żeby mój pobyt na tym padole łez był dla mnie niezapomniany. Dobrze mi idzie. Nie mam może tylu "przyjaciół" ilu wcześniej, ale z pewnością więcej z nich to ci prawdziwi, bez cudzysłowu.
Uzależniłam się natomiast od kolorowych i wesołych wieczorów w okolicznych knajpkach, nadających życiu biegu. Łapię tam inspiracje. Poznałam kilku wspaniałych ludzi, którzy od tamtej pory są dla mnie niczym rodzina. Wszyscy mieszkają w okolicy, a zatem zawsze jesteśmy dla siebie zawsze dostępni. Szkice ich postaci trzymam skryte w szufladzie. Są wychwyceni tak, że sami tego nie widzieli i nie chcę, by mieli o nich pojęcie. To coś tylko dla mnie, dla pamięci. Te osoby są, takimi samymi jak ja, wyrzutkami odmętów własnej świadomości, którzy chcą się z nią zespolić. To nas łączy bardziej niż cokolwiek innego, niż złudne słowa, obietnice. To, że możemy na siebie liczyć.
Wiem, że już nigdy nie będzie tak samo jak przed tym haniebnym okresem, zdaję sobie z tego sprawę. Beztroska dawno odeszła w niepamięć i teraz noszę na sobie krzyż z moich złych uczynków. Nie jest jednak tak ciężki, jak się wydaje. Nie, dopóki mam przy sobie te kilka osób. I chociaż czasem jest trudno, i chociaż to było złe, nie żałuję ani chwili, bo wiem, że w żaden inny sposób nie przeżyłabym czegoś takiego, nie doszłabym do takiej duchowej równowagi, jaka przepełnia mnie obecnie. Jestem o to bogatsza. Wiem, co zrobiłam źle, mam poczucie winy. Ale dowiedziałam się jednocześnie, że da się z nim żyć. Wiem także, czego nie należy robić i jakiego postępowania się wystrzegać. Nareszcie pojmuje zycie.
Zaaferowana myślami upuściłam moją teczkę z rysunkami, która jest mi potrzebna na spotkanie. Ktoś pomaga mi je zebrać. Podnoszę głowę - to Jason, który kiedyś przecież przemknął przez moje życie. Uśmiecham się do niego, on odwzajemnia uśmiech ściskam mu dłoń i ruszam w dalsza drogę. Tak dawno się z nim nie widziałam, a jednak spotkaliśmy się w tych bardziej sprzyjających okolicznościach, o których kiedyś wspomniał. Londyn okazuje się nie taki wielki, jak można by sądzić.
Jestem pełna nadziei dotyczących nadchodzących dni. Czuję lekki dreszczyk emocji na myśl o tym, co może się wydarzyć. Mój szósty zmysł pracuje niezwykle wydajnie i jestem bardzo zdziwiona natłokiem dobrych emocji, jakie mnie w związku z tym przepełniają. To niebywałe. Wracając do tamtych chwil przyznaje, że byłam osobą o depresyjnych charakterze - prawdziwym melancholikiem, choć udawałam siłaczkę. Dopiero zrozumienie mojej sytuacji jednakowoż, przysporzyło mi prawdziwej siły. To może brzmieć banalnie, ale ileż ludzkich historii opiera się tylko i wyłącznie na banałach? Nieskończenie wiele. Dlatego banał jest banałem.

Nazywam się Nana Wilberg i to jest historia mojej podświadomej nadziei i dążenia do oderwania się od przeszłości, przyszłości, do życia chwilą.

grudzień 2006 - grudzień 2007

do góry